Zwróciła się do Kazi:
— Ale niech się pani nie spodziewa w pracy ze mną towarzyskich przyjemności. Z zasady nie lubię stowarzyszeń, a tym mniej stowarzyszeń damskich. Należałam do wielu i ze wszystkich się usunęłam.
— Z wielką szkodą dla instytucji — wtrącił prezes.
— Ale z wielką radością członków, bo byłam wiecznie w opozycji i gadałam impertynencje205. Co mam dać, dam sama, co mam robić, wiem sama...
— Jednakże zbiorowy czyn... — zaczął prezes.
— Niech pan powie: zbiorowe paplanie! — przerwała niecierpliwie.
— Nie mogę, łaskawa pani, przez galanterię206 dla płci pięknej! — zaśmiał się.
— Otóż właśnie. Galanteria... płeć piękna... Co za absurdy! Zbydlęciliście tym kobiety! Jeśli wam i im z tym dobrze, to i owszem, ale wy nie zawracajcie głowy czcią dla nich, bo to fałsz, a one niech nie napełniają świata wrzaskiem o emancypacji, bo ten wrzask — to gęganie! A teraz żegnam państwa, jutro o dziesiątej zabieram panią do roboty.
Uścisnęli dłonie i Ramszycowa zawróciła ku wyjściu.
— Cóż, jakże ci się podobała? — spytał prezes.