Poczerwieniała i uśmiechnęła się z przymusu.
— Profesor gorszy niż spowiednik, bo odgaduje cierpienia. Dziękuję bardzo za radę i natychmiast chłopaka odsyłam po zdrowie. Przepraszam za taką napaść na podwórzu. Jestem Sanicka. Znamy się ze schodów bardzo dobrze.
Podała mu rękę, którą nieśmiało wziął w swą olbrzymią łapę i delikatnie uścisnął.
Potem szli razem ku bramie, on milczący, bo bardzo był towarzysko nieokrzesany, ona pociągnięta doń wielką sympatią, jakby go znała lata. Mówiła mu o Staszku, potem o tym mnóstwie nędzy i biedy miejskiej, którą poznała za pośrednictwem Ramszycowej.
— To panie razem pracują — rzekł. — To dobrze. Pani Ramszycowa prawdziwy porządny człowiek. Zeszłego roku pracowaliśmy razem; teraz tam jest kolega Rajewski. Dobrze paniom pomaga?
— O, bardzo staranny — odparła krótko.
Tu Downar coś sobie przypomniał i stanął.
— Ale, a toż ja miałem iść do jakiejś szewcowej. Moje uszanowanie pani.
— A ja muszę choremu oznajmić radosną wieść — przypomniała ona także i rozeszli tsię.
Staszek przyjął ją niespokojnym spojrzeniem.