„Ona tutaj, on w teatrze. Co to znaczy?” — pomyślała i znowu patrzała na arenę.
Prezes tymczasem skończył przegląd publiczności i rzekł:
— Mało znajomych. Jest Radlicz i radca Zawadzki z żoną. Cóż, bawisz się?
— Bawię się, dziękuję ojcu! — odparła, ale w myśli przypomniała sobie gawędę Staszka Skowronka, że w mieście wszystko, co Boże — w niewoli.
Na arenie były teraz cztery siwe araby wolno puszczone i musztrował je berajter269 w obcisłych rajtuzach i botfortach270, podniecając konie głosem przepitym i klaskaniem długiego bata. Araby parskając, chrapiąc, biegały w kółko, zawracały, zmieniały chody, przyklękały, podchodziły do niego, stawały dęba, ale oczy miały senne, ruchy drewniane i znać w nich było znikczemnienie niewoli, bierne, sztuczne spełnianie obowiązku.
— Moje uszanowanie pani! — ozwał się za nią głos Radlicza.
Drgnęła, zwróciła się, podała mu rękę.
— Witam pana!
— Pani tak uważa na przedstawienie jak zapewne nikt drugi271. Czy pani lubi cyrk?
— Lubię konie. Zresztą jeśli tu jestem, to po to, żeby się przypatrywać widowisku.