— Niech się pies udławi takim dobrem. Jeśli ci to dogadza, trzeba było mnie polubić.
— Dlaczego ojciec się nie oświadczył? — żartowała dalej.
— Żartujesz, a to mnie najgorzej boli, ta twoja swoboda i obojętność. To dowodzi, że on ci niczym nie jest, niczym!
— Dzięki Bogu, tak. Gdyby inaczej było, w tych warunkach ładne piekło mielibyśmy wszyscy troje. Brrr! — wzdrygnęła się.
— To się zmieni, to musi się zmienić! Gdyby tak zostało, jak jest, nigdy bym sobie nie darował, że to ja urządziłem!
Milczała, nie chcąc mu prawdy powiedzieć.
Powóz stanął, znaleźli się w ciżbie265 i zaczęli w labiryncie kurytarzy i przejść szukać swego miejsca. Gdy usiedli wreszcie w loży, spojrzała ciekawie na arenę, gdy prezes począł rozglądać się po widzach.
Na arenie galopował gruby tarant266, a na jego grzbiecie w trykotach i różowych spódniczkach, nie dłuższych jak kreza267, hasała woltyżerka. Przeginała się, skakała przez obręcze, zerkała na galerię, posyłała całusy, a tarant galopował monotonnie jak wahadło, a w środku areny podrygiwał klown, podciągając białe spodnie, wrzeszcząc, wywijając koziołki, wreszcie siadł na piasku i począł nogą drapać się za uchem, co wzbudziło śmiech homeryczny268 całej publiki i hałaśliwe oklaski.
Wtedy Kazia spojrzała po ludziach, zdumiona tą idiotyczną wesołością.
Nie spodziewała się zobaczyć i poznać kogo, ale zwróciło jej uwagę troje ludzi, wychodzących z przeciwległej loży. Poznała damę: była to pani Celina. Mężczyzny i drugiej damy nie znała.