— Pani drwi, a jednak ja oto dziś w tej chwili założę się z panią, że do przyszłej wiosny będzie pani kochała i będzie pani kochaną. Proszę się nie srożyć280, nie piorunować zuchwalca. To się stać musi, inaczej byłaby pani potworem, kalectwem, istotą bez duszy, bez nerwów, bez myśli, nawet bez poczucia honoru!
— Szczególnie to ostatnie — uśmiechnęła się pogardliwie.
— Szczególnie! Honor nie znosi obrazy i krzywdy. Jakżeż? Trzyma pani zakład?
— Nie, bo nie żartuję z uczuć ani się nimi bawię.
— Nie bawisz się? — to posłyszał i podjął prezes, skończywszy dysputę z radcą.
— Ależ owszem, tatku! Pantomima281 była śliczna.
— Ano, teraz zobaczymy tę sławną Karolę.
Antrakt się skończył, do jednej z lóż weszło kilku panów, poczęto się im przyglądać jako znanym sportsmenom i szykowcom282.
— Jest i Kołocki z Kociem! — zauważył prezes, lornetując.
Wśród burzy oklasków wbiegła na arenę żonglerka, cała jak wąż złocisty, w błyszczących trykotach, zamigotały brylanty w uszach i na szyi, sypnęły się na nią kwiaty. Ukłoniła się, obejmując salę zalotnym spojrzeniem, zatrzymała oczy dłużej na loży paniczów, posłała im od ust całusa i uśmiech, i zwinna, gibka, podskoczyła na środek areny, chwyciła za trapez i jak pająk złocisty po niciach sznurów poczęła się piąć ku górze.