Syn począł dobywać37 gazety poranne. Po chwili obydwaj zagłębili sie w czytaniu. Temat był wyczerpany.
Na świecie był kwiecień; pola jeszcze szare, pługami poorane, gdzieniegdzie ledwie zielenieć poczynały. Pociąg mijał łany dobrze uprawne, porządne dwory, ludzi pracujących na roli, gaje i sady kwitnące. Przez okna wagonu wpadał kłębami świeży podmuch wsi, więc prezes rychło gazetę rzucił i rozglądał się po okolicy.
— Mało znasz wieś — rzekł do syna. — Zobaczysz ją z najbliższej strony, bo i pora urocza, i Górów, dwór Tomkowskiej, to jest Szpanowskich, jest jednym z najlepszych gospodarstw w kraju. Tam już nie sielanka i nie dyletantyzm38, to już fabryka rolna bardzo rozumnie prowadzona. Nie znam się na tym, ale chylę głowę, bom widział rachunki Szpanowskiego. Zdumiewające ma rezultaty.
— To ten Górów, skąd Jasiński ma konie?
— Ten sam. Stadninę mają jedną z pierwszych w kraju. Pokaże ci ją Szpanowski, bo ma słabość do koni.
— Więc zabawimy ile? — zagadnął Andrzej niespokojnie.
— Ano, nie mniej, jak do jutra wieczór. Zdaje mi się, że to niezbyt długo.
Andrzej powrócił do gazety, ale czytał nieuważnie. Pomimo wszystkiego39 ta wyprawa, im bliżej celu, tym gorzej go drażniła.
— Jeśli ojciec już grunt przygotował, to ślub może się odbyć jeszcze w maju — rzekł po chwili, zapalając papierosa i mnąc nerwowo gazetę.
— Naturalnie. Im prędzej, tym lepiej. Dom mamy urządzony, papiery w porządku.