— Tutaj. Opiekowała się nią moja koleżanka, Tunia Dąbska.
— Mama się waha jeszcze, gdzie robić. Mój Boże, jaka to praca mozolna — westchnęła. — A najciężej mi się pogodzić z myślą, że już tak prędko pożegnam na zawsze Warszawę.
— Lubi pani wieś zapewne?
— Nigdy na wsi nie byłam, tylko na letnim mieszkaniu. Trzeba będzie przywyknąć! Podobno tam bardzo ludne i wesołe strony. Na zimę przyjadę do Warszawy, a na lato sprowadzę siostry i mamę.
Andrzej, zabawiany przez mamę Wolską, powstał.
Poczęto się żegnać bardzo uprzejmie, ale ledwie się drzwi zamknęły, Mania parsknęła śmiechem.
— A to sobie wynalazł indyczkę!
— A brzydka, a chuda! — dodała Wolska.
— Toć to nie ma o czym mówić z nią. Siedzi jak namalowana.
— On znudzony, zły, bez humoru. Zestarzał303, zbrzydł.