— Tak się zmarnować! Tak skończyć!
— Moja mamo, a któż by za niego poszedł? Któż by się naraził na śmieszność? Trzeba być wiejską gęsią lub nie mieć już krzty ambicji.
Ukazały się jeszcze dwie panny. Najstarsza, Liza, która od paru lat uderzyła w dewocję304, i najmłodsza, Terenia, uparcie udająca podlotka.
Przez szparę w drzwiach obejrzały już gościa, przyłączyły się do krytyki. Gadały i gadały, aż zjawił się Wolski z biura; opadły go jak sroki, trzepiąc wszystkie naraz.
Wolski, zahukany, zmęczony pracą, słuchał półuchem — myśląc, żeby jak najprędzej jeść obiad i pójść na winta.
— Kiedy oddamy wizytę? — spytał obojętnie.
— Nic pilnego. Ja sobie wcale bliższych stosunków nie życzę — zdecydowała pani. — Smarkata wcale mnie ciotką nie nazywała, nosa drze! Co to się takiej gęsi zdaje! Nędzarka, podobno na wyprawę dał prezes, a teraz tony przybiera. Biedny Andrzej, żal mi go.
— Prezes mi mówił, że z synowej bardzo rad — bąknął Wolski.
— Co miał powiedzieć? Nie znasz Sanickiego, czy on kiedy mówi, co myśli? Stary hipokryta!
— Co nam do tego? Wizytę złożyli, chcecie tam bywać, bywajcie, nie, to nie. Ja na winta do starego pójdę, bo mnie zaprosił, a teraz dawajcie obiad, bo muszę jeszcze wieczorem wstąpić do biura.