„Ta niezawodnie uderzy w dewocję!” — pomyślał o żonie i nic nie rzekł.
Pozostała im na ten dzień już tylko jedna wizyta, ale tam, u Tuni Dąbskiej, czuła się Kazia jak w domu.
Domem trudno było mieszkanie Tuni nazwać, choćby dlatego, że pan domu był nieobecny, a pani żyła w nim jakby na popasie.
Małżonkowie nie widywali się ze sobą nigdy prawie. Dąbski wychodził rano do sądu, obiadował pięć razy na tydzień co najmniej poza domem, resztę dnia spędzał w knajpie, pracował pół nocy w swym gabinecie nad sprawami klientów lub pisał do gazet, bo się bawił literaturą.
W czasie zimowego sezonu przyjmowali we wtorki, wtedy każde z osobna bawiło gości, od czasu do czasu składali razem jaką etykietalną312 wizytę, zresztą bywali i znali pół Warszawy, ale każde z osobna.
Od dziesięciu lat skojarzone to stadło było z siebie i losu zadowolone i szczęśliwe.
Dąbski, zdolny i pracowity, zarabiał grubo. Tunia miała zbytek i swobodę, byli bezdzietni, ogólnie lubiani i uchodzili za ideał małżeństwa.
Dzień pani Dąbskiej rozpoczynał się późno, około jedenastej, zwykle wizytą której sióstr lub kuzynek, których miała legion.
Zrywała się z łóżka i w szlafroku rozpoczynała się śmiać, paplać i miotać po domu, zawsze coś gubiąc, czegoś szukając, popędzając służbę, słuchając ploteczek i nowinek odwiedzającej i powtarzając bezustannie:
— Mój Boże, co ja mam na dzisiaj roboty, jak ja wydołam!