— Biedny grajek z orkiestry, wdowiec, suchotnik347. Lokator z naszego domu.
— I w myśl zasady: nic w naturze nie ginie, autor trojga młodocianych suchotników — odpowiedziała Ocieska.
Kazia uderzyła ją rękawiczką po ręku.
— Nie szydzić z ludzkiej nędzy! Zresztą dzieci zdrowo wyglądają. Starszego chłopca umieściłam w szkole handlowej, drugi ma zajęcie w redakcji. Dziewczynką pani się zajmie. Jeśli ma talent, tu zostanie, w przeciwnym razie mam dla niej lokatę348 w Galicji.
— Niech mi ją pani przyśle jutro! — z westchnieniem zwalczonego egoizmu i lenistwa rzekła Ocieska.
— Dziękuję. Pani pozuje na nieużytą, ale już się na tym poznałam! — uśmiechnęła się Kazia.
Piła kawę, śpiesząc się. Widocznie denerwował ją uporczywy wzrok Radlicza.
— Pani już nie bywa konno w Alejach? — rzekł.
— Owszem, co dzień, tylko zmieniłam godzinę, żeby nie spotykać znajomych.
Było to dobitne. Dla złagodzenia dodała: