— Przez to i nie pisze! — mruknął Downar, który, gdy się nie pilnował, zawsze popełniał prowincjonalizmy. — Bahnickiemu pan Kazimierz zginąć nie da. Niechajże i do mnie napisze, ile trzeba, ale do pani adresując. A kogo bierze Dowojna?
— Suliską.
— To i dobrze. Marszałkowej szkoda, i zły, i dobry na nią się oglądał i rachował!
— No, i co żuk zrobił, jak go wróbelek złapał? — dopominała się Lili.
Downar powrócił na swe poprzednie miejsce.
— Opowiadają, że profesor cudu dokonał, operując Rudnickiego — rzekła Kazia.
— Ot, gadanie! — odparł Downar. — Będzie cud, jak wyżyje.
— A co mu jest? — spytała Ramszycowa.
— Wczoraj się pojedynkował i dostał postrzał w bok.
— Rudnicki, mąż tej pięknej pani Rudnickiej?! — zawołała Ocieska. — Onegdaj była u mnie! Malowałam jej portret. Z kim się pojedynkował?