— Dowiemy się! — dopowiedział chór.
W trzy dni potem wiedziały i wiedziało pół Warszawy, że Andrzej porzucił żonę i pojechał z panią Celiną za granicę, w tydzień mówiono, że odesłał już przedtem żonę do rodziny, bo ją zastał u Radlicza na schadzce, gdy mu w pracowni pozowała w stroju — żadnym...
A tymczasem rzeczywiście na Marszałkowskiej prezes był wciąż sam.
Od Kazi otrzymał list, że babka umarła, a macocha ciężko zasłabła, w parę dni potem depeszą został wezwany do Górowa doktor Downar i wieści się urwały.
Co prawda, mniej to gryzło prezesa jak nieobecność syna. Gdy się przekonał, że go nie ma w fabryce, parę dni udawał swobodę, ale gdy się dowiedział, że pani Celina wyjechała, i gdy Kołocki znowu go napadł o obraz Radlicza, stary postanowił rzecz wyjaśnić i posłał kratkę, prosząc malarza do siebie.
Radlicz stawił się natychmiast. Prezes się nim opiekował w szkołach, był mu jak krewny, zresztą myślał, że ujrzy Kazię.
Ale dom wiał pustką i chłodem, stary był chmurny i stękający.
— Powiedz mi, mój drogi, czy to być może, żeby Andrzej za tą starą awanturnicą poleciał?
Radlicz wobec troski starego poczuł wyrzuty sumienia i niebywałe postanowienie mówienia prawdy.
— Co znowu! To ona od mego uciekła!