— Bo ja mu przecie łamię wiarę! — ponuro rzekła dziewczyna. — Babcia choć nie wierzy, chroni mu przecie ten dom i szmatek ziemi... i czeka... a ja... mam zdradzić?
— Moje dziecko, nie nam się równać! Ja jego nie czekam, ale dni dożywam. Ja już nie mam obowiązków, jam swoje odbyła, odcierpiała, odpracowała. Tobie trzeba swoje spełnić. Ty nie zdradzasz, ty nie łamiesz wiary; ty musisz życie przeżyć.
— Babcia wie, że gdyby nie ojciec, zniosłabym stokroć więcej jeszcze. Ale patrzeć nie mogę na jego wyrzuty i zgryzotę. Muszę zejść z oczu pani Tomkowskiej. Wiem, że to, co mnie czeka, jeszcze będzie gorsze, ale przynajmniej ojciec nie będzie codziennym świadkiem.
Zamilkła, smutnymi oczyma patrząc przed siebie.
— Żeby choć wieść, że on żyje, żeby choć we śnie! — szepnęła ponuro.
— Gdyby żył, wieść by była. Grób tylko milczy! Ty, dziecko kochane, z czystym sumieniem ofiarę spełnij. Ojciec ci pierwszy!
— Babcia mnie w sercu zachowa?
— Jak wnuczkę jedyną.
Dziewczyna przypadła do jej kolan i łkała długą chwilę. Potem się podniosła, otarła łzy i ucałowawszy ręce staruszki, milcząc, zeszła z ganku.
— Przyjedźże prędko! — pożegnała ją łagodnie.