Smagłe policzki dziewczyny pałały ogniem, usta kurczyły się bólem; oczy były pełne łez.
Polną drożyną sprostowała64 odległość i wjechała na podwórze gęsto krzewami zarosłe, pod drewniany stary dom, stojący wśród zdziczałego sadu.
Na ganku stara kobieta siedziała samotna.
— To ty, Kaziu! — zawołała zdziwiona. — Skądże... w roboczy dzień, wieczorem. Jakżeś się uwolniła?
Dziewczyna uwiązała konia do ganku i stanęła przed nią, dysząc, jakby pieszo tu biegła.
— Wcalem się nie uwolniła. Jadę z Porębów do domu. Zboczyłam do babci, na chwilę, po ostatnie słowo. Prezes przyjechał z synem po ostateczną decyzję.
Umilkła chwilę, połknęła może łzy.
— Czy on już naprawdę nie wróci, babciu? — szepnęła.
Staruszka potrząsnęła głową żałośnie.
— Oj nie, oj nie! — odparła głucho.