Zaczęła mówić w przedpokoju, skończyła za drzwiami, bo ją lokaj usunął. Downar wyszedł z gabinetu, spojrzał na wygalowanego lokaja Goldmarka, wziął palto i kapelusz.
— Śpiesz się, śpiesz! Możesz nie zastać! — mówiła żywo żona.
— I pewnie, że nie zastanę — odparł.
Wrócił do gabinetu, wziął z szafy gruby pugilares z narzędziami. Śledziła go.
— Po co pociągasz za sobą ten cały kram? Tam nie będzie operacji żadnej. Śpiesz się! Czy cię czekać z obiadem?
— Nie czekaj albo jak chcesz! — odparł, wychodząc.
Lokaj Goldmarka szedł za nim, na schodach skulona siedziała dziewczynka, cała otulona starym szalem, zerwała się na skrzyp drzwi i rzuciła się do jego rąk.
— Cicho, chodź ze mną — rzekł szeptem.
Gdy byli już w bramie, zwrócił się do lokaja:
— Powiedz doktorowi Morawskiemu, że będę za godzinę.