Szpanowski odetchnął. Jakby cień zszedł mu z twarzy.
— Ty, poczciwości. A pokaż no się, czyś ładna?
Obrócił ją do światła i z miłością patrzał.
Kazia była wysoka, trochę za chuda, niezbyt zgrabna, miała twarz mocno opaloną, oczy ciemne i poważne, i ogromny warkocz, opleciony bez pretensji70 wkoło głowy. Sukienka niedzielna, źle skrojona, nie ubierała, lecz szpeciła ją jeszcze. Ale Szpanowski tego nie widział, a ona o to nie dbała. Byle było czyste i całe!
— Chodźmy! — zawołał, całując ją w czoło.
Z oficyn sto kroków było do pałacu. Przeszli milcząc — obojgu biło mocno serce.
W jadalni lokaje nakrywali do wieczerzy. Z salonu rozlegał się silny, dźwięczny głos prezesa, a gruby śmiech pani domu.
— Ten nieoceniony prezes ze swym humorem — szepnął Szpanowski — od trzech godzin prawi71, aż wszystkich rozruszał.
Znaczyło to, że i macocha była wesoła, co się nigdy nie zdarzało. Kazia uśmiechnęła się gorzko, nieznacznie.
Szpanowski drzwi otworzył. Jasne światło olśniło na chwilę dziewczynę, szumiało jej w głowie, nie wiedziała, co ma dalej ze sobą robić, jak się poruszyć, i zatrzymała się u progu, czując się bezmiernie głupia i nieszczęśliwa.