Ale prezes czatował na tę chwilę, frazes urwał, podniósł się żywo z fotela i szedł do niej uśmiechnięty, uradowany, z gotowym słowem.
— Witam panią. Dopominam się od godziny. Ale młodym do starych nieskoro72. Panna Kazimiera nie dba o mumię prezesa. Za karę przywiozłem swoją młodszą edycję73. Pani pozwoli przedstawić sobie mego jedynaka. Proszę dla niego o sympatię.
Od stołu, gdzie przerzucał ilustracje, Andrzej wstał, składając ukłon „stylowy”. Przy tym jednym spojrzeniem objął postać dziewczyny i spotkał na sobie jej wzrok spokojny, poważny.
Egzamin trwał sekundę, potem Kazia nieśmiało podała mu rękę bez słowa. Nie umiała zdawkowych frazesów.
— Pani, jak zwykle, zajęta. Jak to dobrze, że jutro święto. Skorzystamy przecie z pani towarzystwa! — mówił prezes.
Kazia spojrzała po salonie. Macochy nie było.
— Kiedy bo ja i w święto... mam zajęcie — rzekła, spoglądając ku ojcu.
— Jutro robimy sobie wakacje — rzekł Szpanowski. — Panowie chcą obejrzeć gospodarstwo, urządzimy tedy wielką rewię i paradę naszej rolnej armii.
— Ano, to będę wolna! — uśmiechnęła się Kazia.
— Pani lubi wakacje? — spytał Andrzej.