— Idę, profesorze — uśmiechnęła się.
Popatrzał jej bystro w oczy.
— Wie pani, kiedy człowiek głupio czas marnuje? Kiedy się nad sobą żali.
Zarumieniła się, spojrzała nań wdzięcznie i rzekła:
— Dziękuję, profesorze!
Uścisnęli jeszcze raz dłonie i rozeszli się.
Downar spojrzał na zegarek, potem do notatnika.
— Mam trzy godziny dla swoich — zamruczał i ruszył na Smolną, nie uważając436 wcale, że o sto kroków za nim szła żona. Doprowadziła go do rogu Nowego Światu i w kwadrans po nim zadzwoniła do mieszkania w znajomej sobie kamienicy.
Po chwili otworzono jej i w progu, zamykając sobą wejście, stanęła stara kobieta w czepcu i kaftanie, typowa chłopka.
— Chcę widzieć się z doktorem Downarem.