— Wyjeżdżam.
— Dokąd? Co tak pilno?
Nie było odpowiedzi. Zrozumiał tedy, że pytać dalej nie warto. Zrozumiał, że Franciszka nie gotowała obiadu i że najlepiej zrobi, gdy zniknie. Nie rzekł słowa, tylko zacisnął zęby, oczy mu dziwnie pociemniały, zwrócił się447 i wyszedł. Na schodach spotkał Andrzeja Sanickiego.
— Profesor wychodzi, a ja właśnie chciałem się poradzić.
— Służę. Wstąpię do pana. Jakoś pan istotnie na chorego wygląda.
Weszli do gabinetu Andrzeja.
— Chory właściwie nie jestem, ale miałem wypadek z bronią, byłem ranny w bok, lekko zresztą, ale musiałem za wcześnie tu wrócić i gorzej mi znowu dolega.
Downar go obejrzał.
— Trzeba poleżeć dni kilka, nic złego, ale się nie goi rany, biegając po mieście. Mięśnie i poszarpane; tylko o parę cali na lewo, toby pan poleżał trochę dłużej, bo do sądu ostatecznego. Paskudne bywają wypadki z bronią.
— Nie będę leżeć, profesorze. Nie mogę.