— Na Pańską, Walenty, do mojej kamienicy.
A Walenty też się uśmiechnął, a potem obejrzał na Andrzeja i głową pokręcił.
Ruszyli, ale po drodze Kazia wstąpiła do sklepu z kwiatami i wróciła z wazonem skromnej białej prymuli, potem wstąpiła do owocarni, a wreszcie spytała Walentego:
— A torbę wam Józef dał?
— Dał. Juści wiemy468 porządek! — odparł.
— Ten cud mógłby się stać na ulicy z lepszym brukiem! — zauważył Andrzej, krzywiąc się, gdy wjechali w głąb Pańskiej.
— O Boże! Rana panu dolega, jakżem nieuważna! Wracajmy!
— Nigdy z pół drogi. Głupstwo, opatrunek się osunął trochę. Mam doktora w domu.
Bruk był coraz gorszy, domy coraz nędzniejsze, wreszcie Walenty stanął przy samym rynsztoku przed pochyłą bramą, obok której stały dwa drewniane domostwa, pamiętające chyba Szwedów w Polsce.
Nad rynsztokiem stało trzech chłopaków i dziewczynka, zajętych wyławianiem z brudnych mydlin pomarańczowych skórek.