Otworzyła oczy i starała się zrozumieć, co się z nią dzieje.

Dzwony biły, wiele dzwonów, a biły rozgłośnie, aż ją bolało w głowie od dźwięków i huku.

Na co dzwonią? Gdzie? Ha, to na rezurekcję590 w Górowie. Jest tam Wielkanoc przecie.

Bo wiosna już świta. Rezurekcje, i sady kwitną, pachnie jabłoniowym kwieciem i polatują w powietrzu strącone powiewem ranka białe płatki, pełno ich, opadają bez szelestu, a dzwony grają. Trzeba iść na rezurekcję. Idzie wśród sadów na te dzwony, płatki białe padają, ale jakie one zimne, biała już od nich i ziemia, coraz więcej wiruje, to śnieg, zadymka.

Ogarnia ją chłód, dreszcz, zęby szczękają, ale idzie, bo dzwony wołają. To nie dzwony, to młoty w kuźni, co stoi za dworem w Górowie.

I oto ją ogarnia żar kowalskiego ogniska, ale jaki żar, to ona sama płonie, ona leży w żarze. Rzuca się, chce się cofnąć, osłania głowę, ale to ojciec miechem dmie i ojciec ją tak rozpaloną jak sztabę metalu kładzie na kowadle, a tłum ludzi jest wkoło, ludzi z młotami i te młoty spadają na jej głowę, spadają, walą, tłuką, miażdżą, biją, biją, biją.

Patrzy, kto bije, patrzy, wszyscy są, i Andrzej, i Wolskie, i macocha, i Radlicz, i stara Markhamowa, i Tunia, a wreszcie widzi nad sobą złe oczy Boguckiego i młot wzniesiony, i uderzenie...

— O, Stachu! Ty nie bij! Ty nie bij! — szepce, potem już nic nie widzi, nic nie czuje, nic nie rozumie z rzeczy tego świata.

XIII

Ranek posępny, zimny, ponury, ranek poniedziałkowy po zapustnej niedzieli591. Miasto jeszcze śpi po wczorajszych balach, długo spać będzie, nabierze sił na ostatki592. W powietrzu wiruje śnieg, patrzą nań z uciechą dorożkarze, z niechęcią stróże i policjanci. Oprócz nich nie ma prawie publiczności na ulicach.