Stasiek Józefiak z gromadą kolegów-roznosicieli wylatuje na miasto z „Kurierem”. Leci chłopak i pogwizduje jakby na gołębie, a właśnie przed Świętym Krzyżem spostrzega dwa, zapomina na chwilę o obowiązku, gapi się.
— Werfle593! Ktoś ci spłoszył, że się to tłucze w taki czas. Ciekawość,czyje?
Gołębie spadły na skwerek przy Koperniku594, szukały żeru, spłoszone frunęły na ramię krzyża u figury Zbawiciela595, tedy Stasiek tam spojrzał i zaczął czytać świeżutką klepsydrę.
Czytał, podszedł bliżej, palcem po literach poprowadził, obejrzał się, jakby kogoś spytać chciał, spojrzał na zamknięte jeszcze drzwi krypty i uspokojony, że nikt nie uważa, zerwał jedną klepsydrę i wziąwszy nogi za pas, poleciał na Berga596. Gnał ile tchu Erywańską, przerżnął Marszałkowską, wpadł na Pańską.
Tomaszowa, wyprawiwszy męża z dorożką na miasto, zabierała się do szorowania dzieci, gdy Stasiek wpadł zdyszany, zziajany i wrzasnął:
— Wiecie! Pani nasza umarła!
— Olaboga! Jezu! Kto ci mówił!
— Ot — klepsydra już u Świętego Krzyża! Czytajcie.
Tomaszowa nie umiała czytać, porwała papier i pobiegła z nim na facjatkę do Ambrozików.
Wtedy Stasiek przypomniał sobie „Kuriera” i chlipiąc, zgarbiony powlókł się do swej roboty. A na facjatce u Ambrozików była już ciżba i napływało coraz więcej, tłoczyli się wszyscy, całe domostwo tam się zbiegło, mężczyzn, kobiet, dzieci, tłum szary, nędzny, i słuchali Ambrozika, który czytał, jąkając się: