— Zaprowadźcie mnie do siebie — rzekł wreszcie mężczyzna do Józefiakowej. — Pani mi was poleciła. Chodźcie!
U progu skinął na dorożkę, ulokował kobietę, pojechali. I szedł za nimi duch Kazi, i słyszał w sobie Bogucki jej głos cichy i słodki:
„Stachu — umiłowałam w życiu ciebie i twoją ideę. Teraz ci ich oddaję, tych moich, serdecznie moich. O, Stachu, koili mi oni tęsknotę po tobie, byłeś ze mną przy nich. Tak ci i tobie będzie. Nie szukaj mnie wśród tych wieńców i nie idź za tym prochem moim na Powązki! Ja tam nie będę, ja z tobą, Stachu serdeczny, wśród nich zostanę!”
XIV
„Kurier” był już rozniesiony. Czytał go Wolski, pijąc samotnie kawę. Żona i córki jeszcze odsypiały jakiś balik. Zbudził je bez ceremonii wołaniem:
— Słyszeliście! Awantura! A toć Andrzejowa umarła.
— Nie może być? Kiedy? — ozwały się senne głosy.
— Wczoraj. Już jest nekrolog. Pogrzeb we wtorek.
— Ile miała lat? Skąd pogrzeb?
Rozbudziły się nowiną. W negliżach zeszły się do jadalni, czytały wszystkie.