— Andrzej był jak odurzony. A przy tym wściekły na tę jej nędzę protegowaną. „To oni ją zabili, tam się zaraziła — mówił. — Powyduszałbym to jak robactwo. Niech mi się ośmielą pokazać!”. Żal mu jej było, naprawdę żal!

— A Radlicz? Dowiadywał się?

— To jest narwaniec! Spotkałam go onegdaj. „Wie pan — powiadam — że z Kazią bardzo źle”. — „Źle — odpowiada — a może dobrze. Ukochani przez bogów umierają młodo600. Zresztą, proszę pani, na bruku się wrzosy nie hodują. Fiut, stróż miotłą w rynsztok zmiecie, kwiaty zawsze tak kończą”. Powiedziałam mu parę słów prawdy, ale czy który artysta ma sumienie?

— Jutro pogrzeb?

— Jutro! Strasznie mi nie na rękę, bo mam masę roboty! Biedactwo, nie użyła ostatków! Telefonowałam do Julka, żeby wieniec posłał najdroższy, jaki jest! Ogromnie ją kochałam!

XV

O zmroku wprost z dworca przyjechała Ramszycowa i zadzwoniła do Sanickich.

Po twarzy służącego domyśliła się prawdy, spytała o prezesa.

— Leży chory.

— A młodszy pan?