— Witam! — podała mu po koleżeńsku rękę. — Ma tam pan co nowego?
— Mam miny ludzi, co się dowiadują o małżeństwie Andrzeja. Ale może to za ostro będzie tak wobec wszystkich?
— Ależ owszem. Przygotowałam panu papier i ołówki — tam, pod lampą. Smaruj pan, a żywo!
Śmiała się, ubawiona, prowadząc go do stołu.
— Andrzeja nie ma? — spytał, oglądając się.
— Za wcześnie. Przecie8 teraz patriarchalnie9 obiaduje z tatkiem — o szóstej.
I znów się śmiała.
Radlicz witał znajomych i wnet wkoło jego osoby i ołówka zebrała się spora grupa.
Rysował i tekst układał. Wybuchy śmiechu towarzyszyły tej robocie, a komik kończył deklamację; do fortepianu usiadła pani Celina i nie tracąc z oczu towarzystwa, i nie przestając rozmowy z młodym Maksem Unfriedem, brała luźne akordy. W gabinecie rozpoczęła się ostra kłótnia dwóch graczy, z jadalni rozległ się szczęk kryształów.
W tej chwili za krzesłem Celiny, w drzwiach gabinetu stanął gość ostatni i rozglądał się po sali.