Malarz się śmiał, złośliwymi oczyma wodząc po paniach. Nie wierzył temu, ale nie przeczył.
— Poznał ją w karnawale zatem. Kto to być może? — Poczęto przypominać wszystkie importowane ze wsi na karnawał panny.
— Niech się panie nie trudzą. Na karnawale nie była i on jej wcale nie zna.
— Awantura! Więc prezes zwyciężył — postawił na swoim, żeni go! Biedna ofiara.
A Radlicz wciąż się uśmiechał złośliwie — równie nie wierząc politowaniu, jak i poprzedniemu ostracyzmowi.
Że zaś to był piątek, więc krótko bawił, bo mu śpieszno było do pani Celiny na wieczorek.
Pani Celina, młoda rozwódka po bogatym bankierze, mieszkała sama na Erywańskiej6 i prowadziła dom otwarty, gdzie rolę gospodarza nietytularnego spełniał od lat pięciu Andrzej Sanicki.
Płeć piękną, oprócz gospodyni, przedstawiało7 kilka jej kuzynek tylko; za to mężczyźni schodzili się tłumnie. Pani Celina była przepysznie piękna, śpiewała po mistrzowsku, umiała bawić gości rozmową dowcipną — pozwalała się innym bawić swobodnie.
Gdy Radlicz wszedł, zebranie było kompletne.
W gabinecie grano w winta, w salonie deklamował najlepszy komik, a roiło się od dziennikarzy, artystów, ludzi najzdolniejszych i najweselszych, wśród których majestatycznie przesuwała się pani Celina.