Gdy Saniccy zostali nareszcie sami, prezes ciekawie spojrzał na syna, który ziewał na potęgę.

— No i cóż? Jakie masz wrażenie? — spytał.

— Nie pamiętam, żebym się kiedy tak zanudził! Aaa... czuję migrenę i dreszcze. Brr!... To ci pańszczyzna83!

— Słodkie oni tu mają życie z tą starą! A dziecko! I pomyśleć, że jeśli się to wychowa, będzie milionową dziedziczką, rozrywaną partią84!

— Bogu dzięki, nie dla mnie — ziewnął Andrzej.

— Jakże ci się moja Kazia podobała?

— No — podobać się — to chyba nawet ona nie marzy. Ale przyznaję, że ojciec wiedział i znalazł, co mi potrzeba, a raczej, na co się zgodzę. Po tym piekle, które tu ma, będzie jej wszędzie dobrze i wody mi nie zamąci. Ależ to niezgrabne, dzikie, nieułożone! A ubrane! Gwałtu, kto jej tę suknię krajał i wybierał! Powiesić takiego majstra!

— Niceście nie rozmawiali?85

— A o czymże z tym rozmawiać! Przecie to nawet w Warszawie nie było; mówiliśmy o klasztorze. Zna Dąbską: były razem w Galicji. Jeśli już koniecznie mamy się pobrać, niech ojciec namówi Szpanowskiego, żeby z nią do Warszawy przyjechał. Poproszę Dąbską, żeby ją po ludzku ubrała. Żeby ją kto ze znajomych zobaczył w tej sukni! No!...

Ziewnął raz jeszcze Andrzej i począł się rozbierać.