Spotkali się na progu, cofnęła się i zmieszała.
Była ubrana w bluzę płócienną, szarą, ściągniętą skórzanym paskiem. Wydała mu się w tym stroju smuklejsza i zgrabniejsza.
Uśmiechnęła się do niego i podała rękę.
— Dobrze się panu spało? — spytał Szpanowski uprzejmie.
— O, wyśmienicie, dziękuję! Państwa już widziałem przez okno na drodze. Dzień się tutaj wcześnie rozpoczyna.
— Latem wstajemy o czwartej, zimą o szóstej.
— To okropne.
— Rzecz nawyknienia92. Pomimo to z dnia na dzień nie można podołać robocie.
Kazia wytłumaczyła sobie, że gdy gość ją zastał w domowym stroju, przebierać się nie ma racji93. Nalała mu tedy herbaty, przysunęła ciasto i usiadła na swym miejscu, oznaczonym pękiem kluczy.
— Nigdym nie widział takiej masy drzew w kwiecie. Za ogrodem rzekę państwo mają?