Mówiła spokojnie, szczerze, wciąż patrząc nań swymi łagodnymi, poważnymi oczyma.
— I nic więcej? — spytał Andrzej z naciskiem.
— Nic! Albo może być co więcej? Ja odpowiedziałam, że się zastanowię; i gdy drugi raz przyjechał, zgodziłam się, bo muszę i bom go bardzo polubiła. Żebym miała dość nauki, poszłabym na nauczycielkę, ale nie mam dyplomu, a teraz tyle wymagają! Uczyłam się dobrze i dalej sama się kształcę, ale na dyplom trzeba kursów i egzaminów, a na to nie ma czasu. I zostać tu mi nie sposób, macocha mnie nie lubi, za to ojciec cierpi. Trzeba się usunąć.
Oczy jej stały się bardzo smutne, gdy mówiła dalej.
— Pomyślałam tedy: gdy odejdę, ojciec będzie miał spokój, on o tym marzy, by mi los zapewnić. A tam u państwa w domu nie będzie mi gorzej niż tu. Wiem, co mnie czeka, uczucia nie daję, więc i żądać nie mogę, a przecież źli dla mnie nie będziecie. Tylko i ja mam panu coś do powiedzenia.
Zabrakło jej słów i krew uderzyła do skroni.
Stali już nad stawem, na cyplu, gdzie się dwa zbiorniki łączyły z sobą, przegrodzone grobelką96 i upustem. Z cichym szelestem woda biegła pod ich stopami, a nad nimi płacząca brzoza szemrała drobniuchnym liściem, do wody zwieszając warkocze.
Andrzej zdziwiony patrzał na nią. Chwilę pasowała się ze sobą, potem z rezygnacją skazańca rzekła cicho i nieśmiało:
— Bo i ja, jak pan, kocham kogoś.
Zdumiał się ogromnie i brwi zmarszczył. Spostrzegła to i coś na kształt radości mignęło jej w oczach.