— Zapewne pan się cofnie po tym, ale powiedzieć musiałam.
— A on jest może żonaty — uśmiechnął się dziwnie.
— Ach, gdzież tam — oburzyła się, tak jej prostocie wydawało się to anormalnym i grzesznym.
— A zatem nie kocha pani? — badał, czując nielogiczny gniew i oburzenie, zamiast logicznego zadowolenia.
— Owszem, i on mnie kochał, ale jego już nie ma.
— Więc umarł?
— Nie wiem, zginął, może nie żyje. Już trzy lata bez wieści wyjechał. Z Warszawy wyjechał na dwa lata, właśnie egzamin na lekarza złożył, miał osiąść w Lublinie. I tak wszystko się zmieniło. Byliśmy zaręczeni i powinnam mu wiary dochować. Nazywa się Stanisław Bogucki.
— Bogucki! Pamiętam, słyszałem to nazwisko.
Zamilkli i stali zapatrzeni w wodę. Andrzej rozmyślał, walcząc z resztą nielogicznego gniewu. Rozsądek mu wracał. Kazia, zbywszy97 tajemnicy, odetchnęła swobodniej i cierpliwie czekała wyroku. W głębi duszy pragnęła, by się cofnął.
Ale Andrzej już równowagę odzyskał, ocenił położenie.