— Mamy pół Warszawy znajomych, co najgorsza! — odparł.
— Ach, tak, to najgorsze! Bardzo się lękam narazić pana na śmieszność swą dzikością i nieobyciem.
— Postaramy się tego uniknąć. Ma pani przecie wśród tych obcych koleżankę! Pani Tunia nam dopomoże. Państwo przyjadą do Warszawy i udamy się pod skrzydła pani Marty.
— Tak, prawda. Ona mnie nauczy i poradzi.
— Kaziu, Kaziu! — rozległ się z głębi ogrodu głos Szpanowskiego.
Kazia spojrzała ku słońcu i przeraziła.
— Już około dziesiątej! — zawołała, ruszając na wołanie.
— Pani nie potrzebuje zegarka — zaśmiał się Andrzej. — Jest akuratnie100 trzy kwadranse na dziesiątą101.
— Miałam zegarek, ale mi go Zosia potłukła na miazgę! — odparła wesoło. — Nauczyłam się tedy orientować po słońcu.
Naprzeciw nich ojcowie szli, prezes rozpromieniony, Szpanowski niespokojny.