A wtem na drodze turkot się rozległ coraz bliższy.
— Po ciebie jadą — rzekła staruszka.
Na podwórze wpadł wózek, którym Szpanowski pole objeżdżał — powoził Stacho Skowronek.
— Co się stało? — zawołała Kazia przerażona o ojca.
— Pan mnie na gumnie109 złapał i kazał duchem110 po panienkę jechać, a sam do gości poszedł.
— Przyjechali! — Kazia spojrzała żałośnie na Bogucką.
— Jutro zatem ślub. Będę w kościele, daj mi wiedzieć111, na którą godzinę, żebym cię pobłogosławić mogła. Boża wola, dziecko, Boża wola, nie nasza! Wszystko ci się zmieni, tylko duszy nie zmień — pamiętaj — duszy nie zmień. Niechże cię Bóg prowadzi. — I przytuliła ją drżącą do piersi, krzyż nad głową kreśląc, i po chwili Kazia już była na drodze za starym dworkiem, w którym marzyła życie przebyć, a którego już może więcej nie zobaczy.
Milczała smutnie, gdy wtem Stach się odezwał:
— Panienko, proszę mnie wziąć ze sobą do Warszawy.
— Jakże to, Stachu? Nie można! Cóż byś tam robił?