— A cóż — konie bym obrządzał! Stary pan mówił, że ma swoje konie.

— Nie mogę przecie narzucać tam ciebie. Nie wypada!

— Ja mu się sam pokłonię i poproszę. Mnie tu po panience będzie nudno.

— Ależ na służbie jesteś.

— O! Tom już urządził. Dzisiaj właśnie dałem w pysk karbowemu112, więc mnie rządca wygnał.

— Ależ, Stachu, oszalałeś?

— Com miał oszaleć! Trzeba było rację zrobić113, tom zrobił. Inaczej by mnie naprzeciw lata nie uwolnili.

— Nie wyżyjesz w mieście. Szkoda ciebie, Skowronku! — uśmiechnęła się smutnie.

— I tu mi ostać114 nijako. Do głowym to wziął115, pociągnę za panienką. Okrutną ochotę mam! — i śmignął z fantazją biczyskiem.

Na werandzie ogrodowej zastała Kazia obu Sanickich z ojcem, pijących herbatę. Pani domu wymówiła się migreną i nie wyszła. Chciała dokuczyć pasierbicy i zamanifestować, że do żadnych względem niej obowiązków się nie poczuwa.