Ale Kazia nie była bezradnym podlotkiem. Umiała rządzić i pracować, umiała sobie radzić. Wnet też ujrzała, że kucharka i młodszy lokaj stanowili przeciwny obóz małżonków i tym wzmocniona zajęła się gospodarstwem. Gdy panowie przyszli na herbatę, zastali już wszystko gotowe, wedle swych nawyknień i gustu, nawet poranne gazety przy nakryciu i Kazię, jak zawsze pogodną, prezydującą139 u stołu.
Prezes rozpromieniony ucałował ją i zaraz się przy niej ulokował. Andrzej chmurny, nieswój, nie wiedział, jak ją przywitać. Był jej wdzięczny, gdy mu pierwsza podała rękę, którą w powietrzu pocałował.
— Jakże moja córuchna myśli dzień spędzić? — spytał prezes. — Bo ja jestem na twoje rozkazy.
— Zdaje mi się, że warto odpocząć przede wszystkim — rzekł Andrzej.
— Właśnie rada bym tu znaleźć, po czym odpocząć. Czym właściwie mam się zająć? Ale — oto menu obiadu! Może moi panowie znajdą coś do zmiany.
— Ja dziś obiaduję na mieście — odparł Andrzej — i wieczór mam zajęty.
— Czasu ci zabraknie, a nie roboty, gdy złożycie wizyty! — rzekł prezes, odpowiadając Kazi.
Oczy jej stały się żałosne.
— Ach, wizyty, to nie robota. Ja bym chciała masę mieć obowiązków.
— Hm, albo ja wiem, co byś mogła robić poza tym — zafrasował się140 prezes.