— Proszę tylko dać prawo, a ja już sobie sama wynajdę! — uśmiechnęła się.
— Ależ prawo masz, dziecko, zupełną swobodę. Dom ten będzie pod samowładnym twym berłem.
Andrzej wypalił papierosa i powstał.
— Pożegnam już państwa do jutra. Idę do biura — oznajmił. — Może mi ojciec przyśle tam konie na czwartą.
— Na czwartą będą, ale mi je odeślij przed teatrem.
— W takim razie proszę wcale nie przysyłać. — I wyszedł, kiwnąwszy ledwie głową.
— Tatku — rzekła z cicha prosząco Kazia. — po co tatko to uczynił? Konie mu posłać, niech w niczym nigdzie nie uczuje przymusu z mej racji.
— A za pozwoleniem, teraz my panami! — wybuchnął prezes po francusku. — Nie można pozwolić się lekceważyć!
Zamyśliła się, spojrzała nań poważnie i bardzo stanowczo rzekła:
— Jeśli ojciec chce, abym ja zobowiązania moje spełniła, proszę i moje zdanie przyjąć. Wzięłam na siebie ciężkie zadanie i wytrwam tylko wtedy, gdy nie będę sobie miała nic do wyrzucenia. Jeśli zaś będziemy go drażnić, jątrzyć, ja ojcu wypowiadam posłuszeństwo. Do teatru ojciec pojedzie sam dorożką, a ja mam na wieczór dużo roboty z mymi rzeczami, a konie ojciec mu pośle bez ograniczenia czasu.