— Tyle pieniędzy!

— No, no, nie wpadnij no w niedobory! — zaśmiał się. — Pójdziemy do kościoła!

Wyszli po chwili piechotą pod rękę. Prezes chwalił pogodę i sąsiedztwo Ogrodu Saskiego. Kazię dym i wyziewy miejskie dławiły w gardle. Chwilami wspomnienie pól zalatywało ją jako przedsmak okropnej nostalgii145, ale ją odganiała jeszcze odważnie, zmuszając się do zajęcia ruchem ulicznym. Instynktownie bała się wspomnień.

Prezes co krok spotykał znajomych. Wszyscy przyglądali się jej ciekawie. Męczyło ją to i żenowało ogromnie, a prezes radował się tą wystawą, pyszny był z synowej146, czuł, że się podoba, i co chwila uśmiechnięty do niej się zwracał.

— Robisz furorę, Kaziu!

— Pod ziemię bym się skryła — odparła rozpaczliwie.

— Dziwna z ciebie kobieta.

— Toteż ja nie chcę być kobietą w znaczeniu ojca i tych panów, których wzrok jest obelgą! — szepnęła płaczu bliska.

Gdy weszła do Świętego Krzyża147, odetchnęła swobodniej i, zaszyta w kącik, pomodliła się gorąco.

Modliła się za ojca i za matkę zmarłą, potem za babcię Bogucką i siłą nawyknienia za Stacha.