— Nie, pani, tylko czciciel piękna. Ten Andrzej w czepku się rodził. Fortuny używa i nie stracił, młodości używa i nie zużył, umie życie trzymać w garści i kierować, gdzie i jak sam chce. No i ożenił się, i doprawdy gotów nawet być szczęśliwym do końca! Ja, jego mentor166, uchylam przed nim głowy.
— Panowie się znają od dawna? — spytała Kazia.
— Od dnia mojej pełnoletności i rozpoczęcia procesu z matką. Dwadzieścia lat ubiega.
Spojrzała nań ze zgrozą.
— Pani się dziwi? Tak jest. Mam jedną nienawiść: matkę, i jedno marzenie: jej dokuczyć. Że zaś interesy jej są w ręku prezesa, widujemy się często. Licho mu płacę, więc przez wdzięczność zająłem się edukacją światową Andrzeja. Jakim jest — mnie zawdzięcza. Pani się podobał, nieprawda?
Roześmiał się gorzko i sztucznie, że Kazia, zamiast oburzenia, poczuła doń litość.
Popatrzała nań spokojnie, bardzo poważnie i nic nie odpowiedziała.
— Więc pani jest ze wsi bardzo cichej i pustej zapewne — rzekł po chwili innym tonem. — Widać to po licu167 pani, które zna pocałunki słońca tylko, i po oczach pani, które nie widziały jeszcze życia. Bardzom panią zgorszył?
— Bardzo mi żal pana jak każdego kaleki — odparła. — Ale oto i dzwonek — to teść zapewne. Żegnam pana!
Skłoniła mu się z daleka i wyszła.