Na bladą jego twarz wystąpił rumieniec, nozdrza się rozdęły.
— Czy potrzebujesz, hrabio, pieniędzy? Możesz je mieć za pięć procent! — odparł spokojnie prezes.
Kołocki rzucił się w fotel, zapalił papierosa i milczał.
Prezes, do oryginalności jego nawykły, począł wyjmować i rozkładać papiery z teki.
— Wiesz172, hrabio, wielką nowinę? — spytał.
— Nic nie wiem, wracam z południowej Francji i dziś jadę do Moskwy, gdzie moje konie biegają. Cóż za nowina?
— Orszańscy się rozchodzą.
— Bagatela — dla kogo?
— Właśnie, że dla nikogo. Od paru lat ona się burzy na jego życie. Co prawda, być żoną gracza, niewesołe. Teraz chce od swego wpływu i przykładu ratować syna. Wziąłem sprawę na siebie.
— Niech się rozchodzą. Ktoś pocieszy rozwódkę. Nie ja. Prezesie, łaskawco, chcę nabyć dobra za Wisłą. Nie znacie co dobrego?173