Niestety, owo cudne połączenie tytanicznych natchnień i polotów Gustawów, Konradów i Farysów z homerowską pogodą i spokojem Grażyny i Pana Tadeusza nie było trwałe. Wielki poeta postradał równowagę ducha i wychyliwszy do dna kielich goryczy, upadł pod brzemieniem boleści, ale nie oddał się rozpaczy: piekło zwątpienia nie mogło znaleźć miejsca w tym sercu płomiennym, a żądnym miłości, tylko miłość i wiara mogły mu dać punkt oparcia: chwilowe przedtem, a wulkaniczne uniesienia przeszły w stan chroniczny, boleść wybuchła w ekstazach mesjanizmu. Wprzódy równowagę w umyśle poety podtrzymywała religijność głęboka, wrodzona i utrwalona wrażeniami lat dziecięcych, i nie mniej głęboka wiara w naród, rozwinięta pod wpływem stosunków koleżeńskich na wszechnicy wileńskiej; ale nieszczęścia krajowe i ciemny widnokrąg przyszłości zachwiały owo przywiązanie do katolickiego Boga, a rozdarcie, niesnaski, brak zasad i wyższości moralnej wśród emigracji nadwerężyły wiarę w naród. Pragnąc jednak przeciwdziałać owładającej nim rozpaczy, zamknął się Mickiewicz w sobie, porzucił swoje pomysły poetyczne, a począł rozmyślać o działalności płodniejszej w następstwa niźli praca twórcza. Przejęty tym pragnieniem zamarzył o zjednoczeniu jednomyślnych w celu skuteczniejszej pracy w imię zasad religijno-etycznych i w imię pociągnięcia i podniesienia własnym przykładem ogółu społeczeństwa. Myśl ta znalazła urzeczywistnienie w stowarzyszeniu tzw. „Braci zjednoczonych”, zawiązanym w Paryżu w 1834 r. Akt założenia podpisali prócz Mickiewicza, Stefan Witwicki, Józef i Bohdan Zalescy, Cezary Plater, Antoni Górecki, Ignacy Domejko i Bohdan Jański. Z koła tego, przypominającego nieco związek filaretów, wytworzył się w następstwie zakon zmartwychwstańców. Ale to wszystko nie wystarczało Mickiewiczowi, dzień bowiem każdy przynosił nowe smutki i boleść coraz go bardziej opanowywała. W Dziadach poeta wygłosił niegdyś w chwili zachwytu wiarę w przyjście męża pocieszyciela i zapewne nieraz, przygnębiony bólem, szukał w tej wierze osłody tajemnej i czekał od przyszłości urzeczywistnienia oczekiwań swoich. Toteż gdy Towiański poważył się ogłosić siebie za proroka, stęskniony i zbolały wieszcz pierwszy poszedł za nim i zaprzepaścił niepożyte skarby ducha w topielach nauki zagmatwanej i niedorzecznej. Bezgraniczna i bezprzykładna niemal siła uczucia jego zaprowadziła go w labirynty mesjanizmu i wycisnęła niezmazane piętno na ostatniej, a najsmutniejszej epoce jego życia.

Juliusz Słowacki

1829–1842

„Szczęśliwy, kto się w ciemnych marzeń zamknął ciszę,

Kto ma sny i o chwilach prześnionych pamięta”.

Słowa te pisał Słowacki w 1833 roku w autobiograficznym poemacie Godzina myśli; malują one dokładnie marzycielskie usposobienie wieszcza, są godłem jego twórczości oraz dają pojęcie o jej kierunku. W świecie rzeczywistym słyszał poeta tylko „jęki cierpiących i nieszczery śmiech ludzki”84, tymczasem myśli wieszcze unosiły go w tajemnicze krainy marzenia, o kształtach mglistych, a gubiące się w nieskończoności, tam karmiły go promienie księżycowe i lilie srebrne, głosy czarowne kołysały go do snu, śpiewając mu o zaświatowych cudach i dziwach, o szczytnych myślach i szczytnych czynach, o świętych uniesieniach miłości, o duchach-aniołach, co światło szerzą i sami, przekształcając się w światło, zostają częścią Bóstwa... nieraz zaś w tym złotym śnie jakieś wspomnienia odległe, jakieś chwile przebyte, pozbawione nagle zabójczego tchnienia powszedniości, przeistaczały się w bajkę tęczową, nęciły poetę jakimś blaskiem i wonią, których nigdy przedtem w nich nie dostrzegał. I owe wędrówki po wiecznie kwitnących obszarach wyobraźni niesłychanie pociągały Słowackiego; wracał z nich do codziennej prozy życia, odurzony i prawie nieprzytomny; melodie nieznane, blaski i barwy nie z tego świata gościły wciąż w jego myśli i nie dziw przeto, że wszystko na świecie wydawało mu się wtedy podwójnie bezbarwne, powszednie, nudne, nawet rozpaczliwe.

Dowody tego daje nam Godzina myśli, główne źródło co do pierwszej młodości poety. „Gdy dziecię — powiedział o sobie — karmi się marzeniami jak chlebem powszednim, to smutno patrzy na świat nieznany”. Toteż w świecie tym jak najkrócej starał się gościć, teraźniejszość go nie obchodziła, stawiał przed sobą „przyszłości zwierciadło” i „rzucał w nie chwile obecne”, wnosząc stąd, jaki blask nadadzą im wspomnienia przyszłe, nawet nieszczęścia przyjmował „półsmutnym” tylko uśmiechem, patrząc na nie „z przyszłości”. Siedząc na ławie szkolnej, wybiegał myślą z ciemnej sali na szerokie i zieleniące się przestworza, tam starał się dosłuchać „szmeru kwiatów rosnących” i upajał się „tęskno dziką” wonią wierzb, płaczących nad wodą. Rozczytywał się w ciemnych księgach Swedenborga85, nie rozumiejąc ich myślą, rozumiał „marzeniem”, budował na nich gmachy „pełne głosów nadziemskich, szaleństwa i blasku”, przejmował się wiarą w prze obrażenia, w zaświatowe wędrówki dusz i w tajemniczo magnetyczną siłę woli. Złamany przedwcześnie bólem uczuć, krył się od ludzi w ciemnych lasach, kładł się bladą twarzą do ziemi i „uśpionemu myślą wiatr rozwiewał włosy, myśli zaś rosły wielkie, ciemne, tajemnicze”, lub wpatrywał się w niebo i słońce, a wicher odmykał nad głową „bramy gałęziste” i w myśli ciemne spadały błękity nieba.

Marzycielstwo posunięte do krańców ostatecznych uderza nas w umysłowości Słowackiego jako jej rys zasadniczy. Istotę marzycielstwa stanowi dążność umysłu do przekształcenia w myśli stosunków rzeczywistych w idealne, wynika stąd nieprzeparty pociąg do budowania zamków na lodzie, świat chce się widzieć nie takim, jakim jest, lecz jakim być powinien, podstawą asocjacji86 jest kontrast i idąca za tym idealność (Bain87). Usposobienie takie, gdy pochłonie umysł, pociąga za sobą niejedno niebezpieczeństwo; mając bowiem wtedy na oku zawsze i wszędzie przepaść rozdzielającą świat rzeczywisty od świata marzeń, tracimy zdolność do sympatyzowania z dążnościami i czynami ludzi zwykłego poziomu, osłabiamy uczucie; następnie spacza się w nas sam proces myślenia, gdyż zbyt jest ułudna goszcząca w wyobraźni utopia, aby się ją miało porzucić przez wzgląd na sprzeczność jej z rzeczywistością, przeciwnie, mimo woli gotowi jesteśmy naprężać całą władzę rozumowania do naciągnięcia faktów w ten sposób, iżby usprawiedliwiały dążność oderwaną od świata i bezpodstawną, z pominięciem wyraźnej nawet w oczy bijącej prawdy — wreszcie marzycielstwo paraliżuje wolę, pozbawiając ją gruntu z powodu zupełnej niemożliwości urzeczywistnienia chwiejnych wytworów wyobraźni, nietrzymanej w karbach rozumu.

Chcąc określenie to zastosować do Słowackiego, należy mieć na uwadze potężną jego, granic nieznającą fantazję, którą niezaprzeczenie przewyższał wszystkich poetów naszych, a pojmiemy wtedy, jak bezwzględnie rządził jego duszą ów pociąg marzycielski. Marzenia jednak Słowackiego miały nieraz wybitny społeczno-patriotyczny odcień. Poeta, kochając się w nich, chciał je też widzieć wnet urzeczywistnione, i właśnie w tym odbiła się jego głęboko polska dusza, w tym też zasadnicza różnica pomiędzy polskim i w ogólności słowiańskim, a niemieckim zapatrywaniem na świat: jeśli zaprzepaszczanie się w bezdniach zaświatowości, jeśli nurtujące tęsknienie do dahin88 wspólne są obydwom plemionom, to u zachodnich sąsiadów naszych umieją one jednak iść w parze z najtrzeźwiejszym realizmem w życiu codziennym, z rzadkim, wyjątkowym niemal wyrobieniem zmysłu praktycznego: sprawy powszednie idą jednym torem, a twórcze marzenia poetów drugim, nie zachodzą sobie w drogę, toteż przyjemnie spocząć po całodziennym trudzie nad stronicą poezji, przenieść się z Goethem lub Schillerem pod pogodne niebo Hellady, wiecznie młodej, wiecznie uśmiechniętej i wiecznie wabiącej posągowym pięknem kształtów i rozkoszną pełnią sił i życia, lub zadumać się z Novalisem89 w tajemniczych świątyniach gotyckich, lub śnić ze Schleglem90 o nadgangesowych otchłaniach nirwany91. O jakże inaczej było u nas! Niemożliwość dla nas nie istniała, złote marzenia swe pragnął poeta widzieć przekształcone w czyn, wieszcze nawoływania jego przenikały w krew społeczeństwa — stąd donkiszoteria92 w polityce, a mistyka w filozofii i sztuce.

Marzycielstwo Słowackiego wyszło najpierw na jaw w tych wszystkich jego utworach, nad którymi pracował pod wpływem Byrona, przed opuszczeniem kraju, tj. w 1829–30 r. Najbardziej pomiędzy nimi godzien uwagi Arab.