Większą jeszcze wagę dla komisji miało świadectwo doktora teologii, ks. Barone. Badał on Towiańskiego i jego uczniów w ciągu trzech lat, a zapewniał, że podawane przez Towiańskiego idee, zmierzając do wprowadzenia ducha Chrystusowego w praktykę życia, są zupełnie katolickie i czyste: „nie miałem więc powodu je potępiać; przeciwnie, co dzień więcej podziwiać musiałem, nie mówię już doskonałość życia, ale przynajmniej pragnienie dojścia do niej, o ile to jest każdemu dostępne w miarę Łaski Bożej i własnego oddania się tej Łasce”. Stwierdzał dalej, że w Towiańskim i jego uczniach znalazł to, do czego tęsknił od dawna, a poczytywał za utopię religijną, mianowicie „grono ludzi, którzy żyją wśród świata i spełniają płynące stąd obowiązki, nosząc wszelako i utrzymując w sobie wiarę i wszystkie cnoty chrześcijańskie, nieniższe od tych, jakie kwitnąć mogą wśród zakonników w klasztorze, owszem, połączone z życiem trudniejszym, gdyż te własne cnoty narażają ich wśród świata na większe niebezpieczeństwa i cięższe walki”. Co zaś do samego mistrza, to „choć twierdzi on — zeznawał ks. Barone — iż otrzymał od Boga misję nadzwyczajną, nie uważa się on jednak za zwolnionego od powinności obowiązującej każdego prawowiernego syna Kościoła; dowiódł tego i wciąż dowodzi całym postępowaniem swoim”.
Takim to świadectwem, tej okoliczności, że tylu wybitnych i wpływowych katolików — tak świeckich, jak kapłanów — patrzało z uznaniem i czcią na życie i działalność Towiańskiego, należy przypisać, że w sprawie jego Rzym wstrzymał się aż do dziś dnia z wydaniem wyroku potępiającego, pomimo nalegań zmartwychwstańców polskich, szczególnie ks. Semenenki, który w towianizmie upatrywał groźne niebezpieczeństwo dla Kościoła katolickiego w Polsce.
Po śmierci Tankreda Canonico dzieło jego wziął w ręce swoje Attilio Begey, ostatni z grona tych, którzy osobiście Towiańskiego znali, i z młodzieńczą energią począł organizować w rozmaitych miastach włoskich koła młodych entuzjastów, którzy marząc o pogłębieniu życia duchowego w Kościele i o odrodzeniu ojczyzny i ludzkości przez Kościół, wzięli naukę Towiańskiego za podstawę do pracy w tym kierunku nad samymi sobą i nad społeczeństwem. Pracując zaś w dalszym ciągu nad publikacją dokumentów tyczących się historii towianizmu, Begey wydał w roku zeszłym korespondencję ks. arcybiskupa Passavalli, która silniejsze niż wszystko, co przedtem ogłaszano, rzuciła światło na istotne znaczenie ruchu, któremu Towiański dał początek.
Arcybiskup Passavalli należał do najbliższego otoczenia Piusa IX122, był wikariuszem Bazyliki Św. Piotra i kaznodzieją stolicy apostolskiej. W tym charakterze miał on w dniu otwarcia soboru watykańskiego, w r. 1869 w obecności papieża gorącą przemowę do zebranych biskupów z całego świata, a wzywając ich, aby się wznieśli do poznania myśli Bożej, która nad nimi w tej uroczystej chwili spoczywała, przypominał im ich ogromną odpowiedzialność. Lecz wkrótce sam miał zupełnie inną niż oni wszyscy pójść drogą.
Był stanowczym przeciwnikiem nieomylności123, znalazł się przeto w mniejszości, ale wśród tych pozornych swoich sprzymierzeńców zajął stanowisko odrębne, osamotnione. Ci bowiem trzymali się, według słów jego124, taktyki oportunistycznej; powstawali nie przeciw dogmatowi, lecz przeciw ogłoszeniu jego, nie chcieli wywoływać skandalu w Europie niekatolickiej i liberalnej, nie chcieli też ostatecznie zrażać Kościoła wschodniego, Passavalli zaś twierdził, że Kościół ma prawo ogłaszać i określać to tylko, co zawarte jest w Objawieniu Chrystusowym, jego nieomylności zaś nie znajdował on ani w Ewangelii, ani w tradycji kościelnej. Położenie jego stawało się nader trudne. Wkrótce opuścił Rzym, a związany przyjaźnią z Hiacyntem Loyson125, począł sam pod wpływem jego chwiać się w przywiązaniu i wierności dla Kościoła. I oto w tym właśnie czasie poznał Tankreda Canonico — i Towiańczyk podtrzymał katolickiego arcybiskupa i utrzymał go w katolicyzmie. Czytając rozrzewniające szczerością swoją, pokorą i prostotą listy i zwierzenia tego dostojnika Kościoła z duszą tak głęboko prawą i tak mistycznie pobożną, nawet człowiek najgorzej do towianizmu uprzedzony nie oprze się myśli, że w nauce Towiańskiego i w duchu, który ożywiał jego uczniów, musiał być jakiś pierwiastek z nieba, skoro poznanie nauki tej i zbliżenie się z tymi, co ją głosili, tak dobroczynnie działało nawet na kapłanów, którzy podniosłością usposobienia i świętobliwością życia powszechną ku sobie budzili cześć, a takim był Luigi Passavalli. „Z głębi duszy dziękuję Bogu najlepszemu — pisał on do Canonico126 — że w nieskończonym miłosierdziu swoim dał mi wejść w spółkę duchową ze Sługą Swoim Andrzejem Towiańskim; doznaję radości niewysłowionej, gdy widzę, jak w pismach jego są wyjaśnione, rozwinięte i utwierdzone uczucia, które stanowiły pokarm całego życia mojego, a których nie odważałem się komukolwiek bądź wyjawić, z obawy, że natrafić mogły na zaciętych obrońców form zewnętrznych, a ci nie omieszkaliby ich ogłosić za wytwór ducha heretyckiego, gdy tymczasem płynęły one z przeczystego boskiego źródła nauki Pana naszego Jezusa Chrystusa”... „Opłakuję swój los, że nie było mi dane poznać i bezpośrednio obcować z tym organem Ducha Świętego, jakim był Sługa Boży. Gdyby to się stało, zdaje mi się, że w chwili obecnej byłbym znacznie dalej, niż jestem na drodze do nieba...”127. Pozostawało „prosić Boga o łaskę wyciągnięcia z pism mistrza jak największego pożytku dla zbawienia duszy i — żyć nadzieją ujrzenia go w żywocie wiecznym...”128
I nie ma czego się dziwić, że patrząc na Tankreda Canonico, podziwiając jego świątobliwość, a wiedząc, że w Towiańskim upatrywał on najdoskonalszy wzór do naśladowania tak w życiu prywatnym, jak publicznym, biskup Bonomelli zastanawiał się nad tym, jak wielki wobec Boga musiał być ów wygnaniec z Litwy, zapewne podobny do owych proroków, których Bóg niekiedy powoływał w Izraelu — i stawali oni wśród ludu i na dworze królewskim i wzywali do pokuty, a potem, spełniwszy misję, wracali na pustynię...129 Fogazzaro zaś po przeczytaniu życiorysu Towiańskiego nazwał go w liście prywatnym do Canonico „kapłanem według porządku Melchizedecha130”.
Określenie słuszne. Obaj — Fogazzaro i Bonomelli — zrozumieli, że Towiański zaliczony być musiał do tych kaznodziejów misjonarzy, którzy potęgą słowa i czarem postaci porywają i nawracają tłumy. „Przyszedł człowiek — czytamy w rozprawie A. Baumfelda131 — i pokazał, jakim to jest w ciele, co wielu tylko w duchu oglądało — a każdy ujrzał i poznał w nim to, co sam w sobie w najwyższym dostrzegł był momencie”. Wprawdzie nie poszły za Towiańskim tłumy, ale do elity duchowej należeli ci, co w osobie jego najwyższe objawienie doskonałości chrześcijańskiej uczcili. Lecz chrześcijan wzorowych ludzkość nie przestawała nigdy spośród siebie wyłaniać — i to by jeszcze nie dawało prawa nazwać Towiańskiego reformatorem, a tym bardziej zesłańcem z nieba. Pozostaje więc pytanie, czy rzeczywiście Towiański przyniósł jakieś nowe słowo.
Pierwszą na pytanie to odpowiedzią było dla mnie zetknięcie się z długoletnim powiernikiem Towiańskiego, a następnie wydawcą pism jego oraz aktów132 do Sprawy, Karolem Baykowskim. Człowiek ten nie miał w sobie owego ognia, który gorzał w duszach apostołów i udzielał się ich uczniom, ale za to wszystkich, co się do niego zbliżali, opromieniał łagodnym światłem tej jasności myśli i sumienia, którą mu dawała niezachwiana wiara w mistrza i w jego słowa i głębokie czucie związku z duchem jego poza bytem ziemskim. Swój z nim stosunek opowiedział on w prześlicznych Wspomnieniach znad grobu: stanowią one dokument ogromnej wagi pod względem psychologicznym, świadcząc o charakterze wpływu Towiańskiego na Polskę. Dwa uczucia — patriotyzm i religia — staczały ze sobą zażartą walkę w duszy Baykowskiego; patriotyzm usprawiedliwiał wszystkie drogi wiodące do wyzwolenia ojczyzny: spiskowania, kłamstwo, zdradę; religia zaś nakazywała przebaczać wrogom, nawet ich miłować. Wynikające z tej walki rozdarcie w duszy doprowadzało młodzieńca do rozpaczy, do myśli o samobójstwie. Dopiero spotkanie Towiańskiego i żywe jego słowo wstrząsnęły go do głębi sumienia i znalazł on spokój i radość w nauce mistrza, podług której „tylko tym, którzy zbawiają duszę swoją przez bezwzględną miłość i ofiarę dla Boga, danym będzie przyczynić się do zbawienia Ojczyzny, bo ojczyznę zbawimy nie my, ale Bóg przez nas, o ile czyści przed nim będziemy”. W ten sposób sprawę przyszłego bytu Polski Towiański czynił zależną od moralnej wartości jednostek, składających133 naród, miarą zaś moralnej wartości jest siła miłości, obejmującej Boga, ludzkość, świat cały. Tę miłość umiał Towiański obudzić w sercu Baykowskiego: „W tej miłości — pisze Baykowski — mieściłem wiecznotrwały Kościół Chrystusa Pana i nieszczęśliwą ojczyznę moją; ludzkość całą, mieściłem ten i tamten świat, żywych i umarłych, przyjaciół i nieprzyjaciół: i kochałem nieprzyjaciół jak siebie samego, bo w tej miłości mojej było gorące pragnienie i gotowość poświęcenia całego siebie, aby wszyscy nieprzyjaciele moi i ojczyzny mojej stali się nam, Polakom, w tym uczuciu, które mnie przenikało, braćmi i przyjaciółmi w Chrystusie Panu i Zbawicielu wszystkich”.
Słowem, uzdrowienie moralne stąd dla Baykowskiego przyszło, że przejął się on aż do dna duszy tym, co w nauce Towiańskiego stanowiło istotę jego poglądu na zbawienie Ojczyzny. W epoce mesjanicznych marzeń o Chrystusowym posłannictwie Polski, gdy najgłębszy z umysłów polskich i pod tylu względami tak trzeźwy Krasiński puszczał folgę uczuciu i dziękował Bogu za tysiącletnie panowanie „ubrane w śnieżne przedchrześcijańskie blaski nadeuropejskiej cnoty” — w epoce tej Towiański, nie występując wprost przeciw mesjanizmowi, nauczał, że Polska cierpi nie za ludzkość, ale za własne grzechy, że przeto aby powstać, powinna zmazać te grzechy, przyjmując pokutę w duchu poddania się woli Bożej — i że naznaczonej przez Opatrzność pokuty nie wolno jej skalać nawet cieniem nienawiści do wrogów. Towiański uczył miłować wrogów — i to nazwać można owym nowym słowem, które przynosił narodowi swojemu. Wprawdzie nie było ono czymś bezwzględnie nowym, czymś przedtem niesłyszanym. Nasiona, z których wyszło słowo Towiańskiego, znajdujemy rozsiane w całej poezji polskiej — i właśnie Krasiński najsilniej wyrażał, zwłaszcza w Resurrecturis tę myśl, że „w walce z tym piekłem świata, co się złości”, jedyną bronią może być tylko „nad śmierć silniejsza siła ukochania”.
Wstań i do katów, co spieszą ku tobie,