Sam spiesz się naprzód i witaj tych gości

Cicho — spokojnie — błogo — w bezżałobie —

Litośnym wzrokiem twej nieśmiertelności.

Tylko, co w poezji bywało błyskiem chwilowego natchnienia, to u Towiańskiego stało się treścią całego jego nauczania w zakresie obowiązków względem ojczyzny.

Ale posłannictwa swojego nie ograniczył jednak Towiański samą tylko Polską134, pragnął rozciągnąć je na świat cały. Więc co światu dał on nowego? Stał on i stać chciał na gruncie Kościoła, a zatem na grunt ten pytanie nasze przenieść należy — i wtedy będzie ono brzmiało: co Towiański wniósł nowego do Kościoła? Pierwszym pismem, z którym wystąpił przed ludźmi, dając w nim ogólne zarysy myśli swojej, była tzw. Biesiada — dokładniej się wyrażając: biesiada z jenerałem Skrzyneckim. W zestawieniu z nauką Kościoła uderza ona trzema szczegółami: 1) naciskiem położonym na zawisłość135 świata ziemskiego od świata duchów dobrych i złych, które pomagają lub szkodzą stosownie do tego, w jakim kierunku skłania się wolna wola człowieka; 2) powołującym się na Apokalipsę dzieleniem historii chrześcijaństwa na siedem epok, czyli siedem stopni w urzeczywistnieniu dzieła Chrystusa: dziś stoimy w przededniu epoki drugiej, którą otwiera Towiański; i 3) niezgodnym z nauczaniem Kościoła utożsamieniem czyśćca z wielością żywotów na tym i innych światach. — Jeśli za nowe słowo poczytywać mamy takie, które by miało moc przeobrażania dusz, to oczywiście wszystko to nim nie jest. A jednak Towiański afirmował z nadzwyczajną stałością i siłą posłannictwo swoje: on podawał człowiekowi „światło chrześcijańskie obszerniejsze, będące dotąd pod zasłoną tajemnic”, od niego „rząd i kierunek świata iść będą od Chrystusa nie jak dotąd w prawie siły i kary, ale w prawie miłosierdzia i łaski”. Trzeźwiejszy jednak od Cieszkowskiego, nie przypuszczał on, aby raj na ziemi mógł nagle się objawić — i wygłaszając słowa powyższe lub do nich podobne, zawsze się cofał i osłabiał ich znaczenie, dodając, że tylko „w większym niż dotąd stopniu zło utraci panowanie swoje na ziemi”, a nie całkowicie, bo „czyż niska i ciężka grzechami ziemia potrafi utrzymać ten nadzwyczajny zlew miłosierdzia Bożego?” — Ale tego ostatniego twierdzenia, że nauka jego była „nadzwyczajnym zlewem miłosierdzia Bożego”, nie cofnął Towiański nigdy, że zaś wyrazem takiego zlewu nie mogła być ani nauka o ściślejszym stosunku z duchami, ani o metempsychozach, ani o siedmiu epokach, tym bardziej że mistrz sam, widząc, jak nauki te stały na zawadzie porozumieniu jego z Kościołem, odsuwał je coraz bardziej w głąb, w cień136 — więc istoty poglądu jego na własne posłannictwo wobec przyszłej epoki należy szukać gdzie indziej, a mianowicie w nauce o troistej ofierze, której jeszcze w Biesiadzie nie było, bo ją Towiański dopiero w późniejszych przemówieniach wyłożył, ale wyłożywszy, wracał do niej stale — do dziś dnia jego uczniowie w niej esencję myśli mistrza upatrują.

Chrystus nauczał, według Towiańskiego137, jak siłą ofiary a) wyzwalać ducha od ciała i podnosić go, b) jak łącząc podniesionego ducha z ciałem, podnosić ciało, i c) jak mając podniesionego ducha i ciało, czynem podnosić się do wysokości, którą Bóg słowem swym naznaczył, którą Chrystus, Słowo wcielone, ukazał. Otóż to pojęcie istoty ofiary ma znaczenie rzeczywiście doniosłe, nie tyle jednak w treści swojej, ile w wyniku. Kościół, zdaniem Towiańskiego, zatrzymał się na ofierze pierwszej, tj. na ascetyzmie, którego wyrazem były i są zakony. Tymczasem Bóg wymaga teraz ofiary pełnej, co znaczy, że trzeba podnieść ciało, ażeby podniesione ciało i już wprzódy podniesionego ducha mieć jako narzędzia do spełnienia czynu chrześcijańskiego. Ale w jaki sposób podnieść ciało? Trzeba — odpowiada Towiański — „przeć duchem na ciało”. To jego ulubione wyrażenie: „w epoce przeszłej chodziło głównie o zmniejszenie potęgi ciała” — tj. o wyzwolenie siebie od pokus ciała drogą modlitwy i umartwień — dziś, „w epoce wyższej chodzi już o to, aby uczynić ciało podatnym narzędziem wyzwolonego ducha”. W tym celu należy kształcić ciało. Jak? „karcąc — brzmi odpowiedź — jego zboczenia, zaspakajać istotne jego potrzeby”.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się to wydać nową formą starego, przez Lutra ze szczególnym naciskiem głoszonego protestu przeciwko ideałowi ascetycznemu. Tkwiła tu jednak myśl głębsza, płynąca z głębokiego zrozumienia istotnej potrzeby wieku. Powstając bowiem przeciw utożsamieniu ascetyzmu z istotą nauki Chrystusa, Towiański wyrażał dążność do skojarzenia życia w świecie — w świecie, w którym panuje ciało, materia — z możliwością doskonałego wypełniania prawa Chrystusowego. — Każdego, kto ma zmysł religijny, dręczy pragnienie doskonałości — i każdy poznaje w osobie Zbawiciela wzór doskonałości tej, ale — pomijając warunki natury ludzkiej — warunki społeczne czynią urzeczywistnienie boskiego wzoru niezmiernie trudnym. Możny czuje ciężar swego dostatku, on wie, że bogactwo jego osnute jest na wyzyskiwaniu słabszych i że niechcący sam przyczynia się do panowania brutalnej przemocy na świecie, więc co ma czynić? W niemożliwości rozwiązania pytania tego tkwiła tragedia życia Lwa Tołstoja. Wszystko oddać ubogim — byłoby gwałtem wobec żony i dzieci; uciec od bogactwa, które jest złem, wszystko pozostawiając żonie i dzieciom, jak to uczynił Tołstoj — mogło być nie bez pozoru słuszności poczytywane za obłudę. Podobnież z drugiej strony cywilizacja wytwarza taki zbytek w środkach do dostarczania rozkoszy zmysłowych i do podniecania wszelkiej pożądliwości w tym kierunku, że wobec tysiącznych pokus życie biedaka przekształca się w piekło ciągłej zawiści.

Więc ażeby uniknąć męki życia w świecie, zostaje jeden środek: rzucić świat, zamknąć się w pustelni klasztoru, niby w twierdzy, o którą rozbijają się pokusy świata — i stamtąd działać na ludzi, modlitwą i przykładem zwracać ich ku Bogu i tym umniejszać na świecie siłę złości i zawiści. Oto ideał ascetyzmu chrześcijańskiego — i to jest rozwiązanie, które zawsze dawał Kościół. Rozwiązanie wzniosłe, ale przeciwne naturze człowieka, jego instynktowi rodzinnemu, dostępne tylko jednostkom i prócz tego niebezpieczne. Albowiem kto, zamiast rzucać świat, zostaje w nim, zamiast wziąć sobie za wzór kontemplacyjną Marię z Ewangelii, postanawia iść śladem gospodarnej Marty, ten tym samym utwierdza siebie w swej niedoskonałości, ten zrzeka się tego, co najpiękniejsze w człowieku, tj. pięcia się w górę, ten przyznaje się do tego, że czy to przez słabość, czy lenistwo, nie chce iść na szczyt, lecz zatrzymuje się w pół drogi. Ponieważ zaś pojęcia o człowieku nie możemy i nie chcemy oderwać od myśli o dążeniu do ideału, ponieważ powinnością jego jest zdobywać doskonałość, więc ze zrzeczenia się tej powinności wynika pogarda tego niższego stanu, który on sobie obrał i w którym przebywa — i, co za tym idzie, brak dobrej woli i gotowości do spełniania obowiązków z tym niższym stanem związanych. Małżeństwo jest sakramentem, rodzina — rzeczą świętą, ale kapłaństwo i czystość są czymś jeszcze wyższym i świętszym, więc mimo woli, bez zdawania sobie sprawy z tego wyrabia się w świecie katolickim skłonność do lekceważenia ideału życia rodzinnego. Cnoty rodzinne piękniej nieraz kwitną w społeczeństwach protestanckich — wyznanie takie słyszałem nieraz nawet z ust kapłanów katolickich — ale w zamian katolicyzm wydaje bohaterów ofiary, czyli świętych, dla których w protestantyzmie gruntu nie ma.

Otóż Towiański, nauczając, że „duchem trzeba przeć na ciało” i to ciało „pielęgnować”, karcąc tylko jego „zboczenia”, oczywiście nie miał na widoku jakichś przepisów higienicznych, jakiejś gimnastyki czy sportu. Myśl swoją wiązał on z nowym pojęciem doskonałości, z przeświadczeniem, że doskonałość chrześcijańską osiągnąć można nie tylko przez ascetyczne zaparcie się świata, lecz w świecie samym, że dążyć do tego powinno być hasłem nowej epoki — innymi słowy, że idąc śladem Marty, można zarazem urzeczywistniać w sobie wyższe życie Maryi, czyli ideały Maryi i Marty nie przeciwstawiać sobie należy, lecz ze sobą łączyć. Drogą jednak do tego mógł być, zdaniem Towiańskiego, tylko zakon.

I zapragnął on dać uczniom swoim możność, nie porzucając świata, żyć jednak w zakonie i w nim nabywać siły do walczenia ze złem na ziemi138. Podobieństwa takich świeckich zakonów istniały od dawna pod postaciami rozmaitych stowarzyszeń religijnych, bractw, sodalicji139, zostających zawsze pod kierownictwem zakonów i w ogóle osób stanu duchownego. Ale dla Towiańskiego nie było to dostateczne. Był on synem swego wieku, nosił w sobie jego treść, był więc indywidualistą, a marzył o nowej epoce i nowym wyższym gatunku ludzi, ludzi, którzy by nie potrzebowali dyrektywy, gdyż siłą własnego pędu szliby na wyżyny doskonałości. „Dziś — nauczał on — człowiek silniej budzony jest, aby w wolności chrześcijańskiej poznawał”. Pragnął przeto zakonu, który by wolności tej nie krępował, w zasadzie którego cześć dla Boga żywego zlewała by się harmonijnie z poszanowaniem dla osoby człowieka, na obraz i podobieństwo Boże stworzonej.