Stargam łańcuchy wszystkie, wszystkie sidła,
Podniosę w niebo, aż gdzie Pan Bóg świeci,
Puszczę... jeżeli żywa — to poleci.
Słów tych nie wolno brać za majaczenie jakieś dziwaka, manią wielkości ogarniętego. Nie na ziemi bowiem, ale nad ziemią przeżył Słowacki ostatnie lata życia swego, w modlitwach i podniesieniu ducha. Do głębi duszy przejęty prawdą, którą ludziom opowiadał, że „wszystko przez Ducha i dla Ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje”, do prawdy tej pracowicie życie swoje dostrajać począł. Stąd to jego dziwna pogoda płynęła, stąd uroczysty nastrój rozmów, które, jak świadczy arcybiskup Feliński, „tak rzewnym, choć spokojnym nacechowane były smutkiem, że robiły niemal wrażenie ostatniej pieśni łabędzia, co żegnając ziemię, gości już duchem w nadpowietrznych światach”219, stąd to tak rozweselony był wnętrznie, „gotów — jak pisał — każdego, co się przybliży, oblać jasnością ducha i rozradować go, aż się do harmonii ze mną ułoży”220... Wszak ten z krytyków jego, który najbardziej oporny był względem czaru jego marzeń, a z bezwzględną surowością prokuratora o charakterze jego sądził, prof. Tretiak, uległ w końcu, dał się porwać, że użyję tu wyrażenia Słowackiego, przez „wiatr lotu lecących z wieszczem aniołów”, musiał w nim uznać „zdobywcę duchowego” i twórczość jego w mistycznej epoce życia przedstawił jako wyraz „transfiguracji”221, która poetę do „gmachu anielstwa” zawiodła, a ostatnie myśli i utwory nazwał „łuną przedzgonną”, jak gdyby dostrzegł na nich odblask z tajemniczego, zakrytego przed nami świata.
„Albowiem wiem, na co jest świat i natura — pisał poeta do matki — bo czuję, że tę naturę chciałbym podnieść przez podniesienie się ducha i oddać ją całą Bogu w jednej modlitwie”222. Na wysokości tej, w nocy z 20 na 21 kwietnia 1845 r. „w stanie zupełnie spokojnym”... nagle „przerażon mocą Chrystusa już na ten świat nadchodzącego”... „szelestem ogni tych, wichrem niby Bożym zewsząd owiany i zagrożony”...223 Widocznie to utwierdziło go w wierze w posłannictwo, które mu Bóg przeznaczył; do tego widzenia, do tych powiewów ognistych z niewidzialnego świata powracał niejednokrotnie i w listach, i w wierszach. Niech ci, co poza materią nie widzą nic, litują się nad tym „obłędem” maniaka, który halucynacji od prawdy odróżnić nie umiał, niech dyletanci i sybaryci używają i rozkoszują się, podziwiając sztuki, które akrobata Słowacki pokazuje gdzieś nad przepaściami, na urwistych szczytach marzenia, ale my, co w świat ducha wierzymy, pójdźmy wprzódy śladem poety, życie nasze przeobraźmy w ciągłą modlitwę i ofiarę, mocą czystości uczucia wyzwolonego od przywiązań do rzeczy małych, a w boskie przeznaczenia duszy zapatrzonego wzlećmy na błogosławioną górę, „do przybytku Pana” — i tam dopiero osądźmy, czym w istocie swojej było widzenie Słowackiego. Zanim zaś to nastąpi, zachowajmy względem niego tę delikatność uczucia, którą zachować umiał przyjaciel i świadek jego dni ostatnich, arcybiskup Feliński. Ten świętobliwy sługa Kościoła, który wszystko, co pomyślał i napisał, przesycić umiał ogniem swej dziwnie czystej i pięknej, miłością Boga i ludzi gorejącej duszy, umiał tu lepiej i głębiej zajrzeć w duszę swego przyjaciela niż inni, i nam wszystkim, którzy o Słowackim piszemy, powinien być przewodnikiem. Więc uwierzmy mu, gdy nam opowiada, że nie „ambicja ani duma” kierowały Słowackim w jego automesjanicznych zapałach, że „posłannictwo swoje jako przewodniczącego narodowi w pochodzie ku jego wieczystym celom pojmował on nie jako chlubny zaszczyt, ale raczej jako ciężką i w cierpienia obfitującą służbę”. Nie chełpliwość przeto była mu pobudką do opowiadania ludziom o widzeniu swoim; przeciwnie, miał całą świadomość, że tak czyniąc, śmiesznością się pokrywał — czyli składał dowód zaparcia się miłości własnej, spełniał akt odwagi: „Mówię to — czytamy w Wykładzie nauki — po rozwadze głębokiej, a nie dla chwały własnej — bo cóż jest chwałą robaczka, którego Chrystus Pan raczył mocą niebieską przerazić. Mówię — abym nie zataił przed światem — mocy Bożej — pewny... że to wyznanie w wieku dzisiejszym ujmie mi cześci224 w obliczu świata, który chętnie one to rzeczy szalbierstwu albo chorobie zwykł przypisywać”...
Więc choć wichry fantazji i rozbujałości indywidualizmu zaznaczyły się w mistycyzmie Słowackiego tęsknotą do niezmierzonych przestrzeni i wolnych lotów, choć ewolucje kosmosu i wędrówki dusz, które przez szeregi przemian i żywotów ku apokaliptycznej nowej ziemi i nowemu niebu podążają, myśl jego pochłonęły, jednak kosmologizm ten, pomimo iż wziął górę nad pierwiastkiem teologicznym, nie zatarł go, spowodował tylko w umyśle Słowackiego niepodatność względem tej koncepcji mistycznej, w której idea Boga zasłania wszystko inne, a zatonięcie w Bogu celem się staje; „mistyka Słowackiego to szturmowanie o czyn i cud to nieskończony głód tego chleba, który się nazywa faktem, ziszczeniem” (Jellenta). Więc szczytem rozsłonecznionym, który nad sferą dumań poety królował, była nie idea Boga, lecz „święte miasto Jeruzalem nowe, zstępujące z nieba od Boga”225. Ale aby wspiąć się na ten szczyt, brat Słowacki tę samą drogę ascezy, tj. wyzwolenia się z więzów materii, którą kroczą ci, dla których indywidualny stosunek duszy do Boga jest rzeczą pierwszą. W tym zaś spotykał się i z Mickiewiczem, i z Towiańskim, i z ogółem mistyków polskich, a to kojarzenie w nadświat sięgających tęsknień i marzeń z przeświadczeniem o konieczności nieustannej pracy nad oczyszczeniem duszy ze skazy grzechu stanowi dodatnią cechę mistycyzmu polskiego, świadcząc o jego wysokim poziomie moralnym. P. Pawlikowski tego nie docenił, może nawet nie dostrzegł. Ową pracę, owo zdobywanie Boga i nieba, Towiański nazywał „czynem wewnętrznym”. Pawlikowski zaś tę potrzebę czynu wewnętrznego wystawiając jako jedną z właściwości mistycyzmu polskiego, ujrzał w tym „rys dekadencki, płynący ze skłonności do kwietyzmu226”! Badacz mistycyzmu nie zrozumiał tego, co mistycyzmu jest nerwem — pierwiastka religijnego — i to jest słabą stroną jego dzieła.
VI. Optymizm
Wszystko dla ducha, nic dla ciała, uduchownienie — celem świata, a ofiara — prawem postępu — w tym, w tych dobroczynnych twierdzeniach streściła się nauka Słowackiego. Ale pomimo czaru poezji w szczegółach i wysokiej wartości moralnej nie tylko w pomyśle, lecz także w wykonaniu, o ile się w nim odbiła kryształowa czystość wyanielonej, obcej nawet tchnieniu zmysłowości duszy poety, nauka ta nie jest tym, za co on ją podawał, nie jest „drogą rozwidnień i oświeceń”227 ani jest „tak wielką, że przez tysiące lat spragnione wiedzy prawdziwej narody będzie karmiła”228, nie jest nawet próbą systemu świata, a nawet zarysem do systemu takiego nazwać jej nie można — szpeci ją bowiem kalectwo tkwiące u samej jej podstawy, a pochodzi ono stąd, że Słowacki zatarł w niej fakt zasadniczy, jakim jest istnienie zła. Zachwycony harmonią lecących ku Bogu i przebóstwiających się stopniowo światów, zamknął on oczy na fakt ten, gorzej jeszcze, on go sfałszował, przedstawiając zło jako konieczność w dążeniu do urzeczywistnienia dobra, więc jako mniejsze dobro.
Wszak bohater pierwszego rapsodu Króla Ducha, ów Popiel, który postanowił zbrodniami „niebiosa zatrwożyć”, który z wieży swojej z rozkoszą, niby sęp krwiożerczy, patrzy na torturowane i palone na jego rozkaz ofiary, jak na „ruchome w ogniach mrówniki” — Popiel ów nie jest, jak Arab lub Mindowe, tylko wyrazem wybryku fantazji, ogarniętej wstrętem i nienawiścią do tłumu niezdolnego wznieść się na wysokość marzenia poety. Popiel jest zbrodniarzem w pozorach czynów swoich, ale „aniołem gorącym” w ich istocie, okrucieństwa jego bowiem hartują naród i w ten sposób przysposabiają go do wypełnienia wielkiego posłannictwa. On kupił naród krwią i „nad jej strugi podniósł ducha, który śmiercią gardzi”. Znam egzaltowanych wyznawców Słowackiego, których pogarda dla ciała, wyzierająca z pomysłu tego, przejmuje podziwem; we mnie i niezawodnie w każdym, u kogo kult myśli i osoby poety nie przeistoczył się w religię, budzi ona odrazę, czyni bowiem nieczułym na cierpienie bliźniego, niszczy litość, jest objawem tego olśnienia dalekim ideałem, w którym zanika współczucie ze światem teraźniejszym, ta pogarda dla ciała usprawiedliwia tu najobrzydliwszą ze zbrodni — okrucieństwo, o ile nim kieruje myśl o idealnej przyszłości. A nie można bronić poety tym, że wizja owej przyszłości zasłoniła przed nim rzeczywistość. Nie; on widział rzeczywistość, widział zło i widział, że zła postacią najwyraźniejszą jest walka o byt wraz z panującym w niej prawem mocniejszego. Ale — nauczał on w Genesis — porządek ten czyni tylko „niegłębokiemu wzrokowi wieczne przerażenie i utysk”. Ten zaś, kto się nad nim zastanowi, dostrzeże w nim sprawiedliwość, albowiem duch, zdobywając doskonalszy kształt, nie może nie czuć pogardy do odrzuconej formy i „najczęściej” kładzie się na niej „jak Kainita, aby gryzł mózg i ocierał usta krwawe włosami swojego młodszego brata”. I choć „kainostwo to natury” nazywamy złem, „lecz w oczach Twoich, Panie, nie czynił się przez to żaden uszczerbek w łańcuchu przyrodzenia, bo przez przyśpieszenie śmierci ciał przyśpieszał się pęd duchowy żywota”...
Ten optymizm, prawie cyniczny optymizm, jest niezawodnie w związku z zasadniczymi właściwościami osoby Słowackiego: z fantazją, którą zapalił obraz postępowej ewolucji wszechświata, a idea ewolucyjna jest optymistyczna — oraz z upojonym potęgą woli indywidualizmem, dla którego niemożliwość nie istnieje. „Wieczysty cel — wołał największy indywidualista w filozofii, Fichte229 — powinien i może być dopięty w życiu i przez życie, bo rozum rozkazuje mi żyć — dopięty będzie, bo — ja jestem”230 — a są to słowa, które byśmy mogli wziąć również za wyraz stanu duszy poety w epoce, gdy swoje pisma mistyczne kreślił.