sztuczna gałka oczna pod opadającą powieką.
Nagle obecny i równie realny, co malarze przed sklepem,
ciągnący wino z gwinta, choć to październik.
Czy tam skąd przychodzi, nie ma dla niego węża,
żeby jak tu podlewać mógł trawnik, i szpikulca
do nabijania petów rzuconych gdzie bądź?
Obce, stanęło przede mną — życie?