Krótko przed północą chłopcy dotarli do umówionego miejsca. Siedzieli pod drzewem i czekali. Miejsce było odludne, a nocna, tradycyjna godzina duchów — groźna i uroczysta. Słychać było jakieś tajemnicze szepty wśród drzew; w mrocznych zakątkach czaiły się widma, w oddali głucho wył pies, grobowym głosem sekundował mu puchacz. Na chłopców powiało grozą. Milczeli, trwożnie rozglądając się wokół. Wreszcie uznali, że północ już nadeszła. Zaznaczyli miejsce, gdzie padał cień od księżyca i zaczęli kopać. Nadzieje ich rosły; z zapałem odrzucali kolejne warstwy ziemi. Dół był coraz głębszy, ale ilekroć łopata uderzała o coś twardego, a im serca zamierały z radosnego oczekiwania, spotykało ich nowe, bolesne rozczarowanie — był to tylko kamień albo korzeń. Wreszcie Tomek odezwał się:

— To nie ma sensu, Huck. Znowu kopiemy w złym miejscu.

— To niemożliwe. Przecież dokładnie odmierzyliśmy cień.

— Wiem, ale coś tu jest nie tak.

— Co może być nie tak?

— Nie zgadliśmy, kiedy była północ. Odmierzyliśmy cień za wcześnie albo za późno.

Huck upuścił łopatę.

— Racja! — chwycił się za głowę. — Oczywiście! Nie ma co dalej kopać. Nigdy nie będziemy dokładnie wiedzieli, kiedy jest północ. A poza tym tutaj jest tak strasznie w nocy. Na pewno roi się tu od czarownic i duchów. Ciągle mi się zdaje, że coś stoi za mną, ale boję się odwrócić, bo może przede mną też czai się jakieś licho, które tylko czeka, żebym się odwrócił... Aż mnie ciarki przechodzą, jak o tym myślę.

— Ja też mam stracha. A w dodatku muszę ci powiedzieć, że jak zbójcy zakopują skarb, to zawsze kładą na nim nieboszczyka, żeby go pilnował...

— Jezus Maria!