O jedenastej w nocy zaczął padać gęsty śnieg. Minąwszy nędzną wioskę Welden, wyjechaliśmy w mglistą, głuchą prerię, ciągnącą się przed nami na niezmierzonej przestrzeni, bez najmniejszego śladu ludzkiej obecności. Wicher, nie napotykając przeszkód, jak drzewa, wzgórza lub skały, wściekle dął na otwartej zewsząd równinie, wzbijając i goniąc przed sobą tumany śniegu na kształt spienionych fal rozszalałego morza. Śnieg padał bez przerwy, a wkrótce ze zwolnionego biegu pociągu wnieśliśmy, że lokomotywa toruje sobie przezeń drogę z coraz większą trudnością. Chwilami stawała zupełnie wśród olbrzymich zasp śnieżnych, wyrastających na drodze jak nadludzkie kurhany. Rozmowy z wolna cichły. Ogólna wesołość ustąpiła trwożliwemu oczekiwaniu. Perspektywa uwięźnięcia w śniegu na stepie, o pięćdziesiąt mil6 od zamieszkałych miejscowości, stawała każdemu przed oczyma, zostawiając w umysłach podróżnych niepokój i obawę.

O drugiej w nocy z męczącej drzemki zbudziło mnie nagłe zatrzymanie się pociągu. Myśl o straszliwej rzeczywistości w jednej chwili zjawiła się w mojej głowie — byliśmy zasypani śniegiem!

— Panowie, wszyscy do roboty! — krzyknął naczelnik pociągu i posłuszni rozkazowi wszyscy powyskakiwali z wagonów w głęboką noc, nieprzeniknioną mgłę, chrzęszczący śnieg i zbijający z nóg wicher, zdając sobie sprawę, że każda stracona minuta mogła stanowić o zgubie nas wszystkich.

Łopaty, ręce, deski — wszystko, absolutnie wszystko, czym można było odgrzebywać śnieg, zostało niezwłocznie puszczone przez nas w ruch. Smutny widok przedstawiała ta mała gromadka ludzi rozpaczliwie walczących ze zwałami śniegu, wśród nieprzeniknionych ciemności, przy złowrogim świetle reflektora olokomotywy.

Jedna godzina wystarczyła, by przekonać nas o całkowitej bezowocności naszych wysiłków. Zamieć zasypywała tor dziesiątkami nowych zwałów, zanim byliśmy w stanie uporać się z jednym. Ale co gorsze, wkrótce zrobiliśmy odkrycie, że ostatnie nadludzkie szarpnięcie się maszyny w walce z wrogiem spowodowało złamanie osi przednich i tylnych kół napędowych! A więc gdyby nawet tor został oczyszczony, sądzone nam było pozostać tu, wyczekując zmiłowania Bożego. Wróciliśmy do wagonów wyczerpani pracą, z dręczącym niepokojem w duszy. Zgromadziwszy się dokoła pieca, zaczęliśmy poważnie rozpatrywać naszą sytuację. Nie mieliśmy ze sobą żadnego prowiantu — oto, co napełniało nas największą trwogą. Zamarznąć nie mogliśmy, gdyż węglarka zawierała niemały zapas opału. I to stanowiło całą naszą pociechę. Narady stanęły wreszcie na tym, iż zgodziliśmy się z okrutnym dowodzeniem maszynisty, że każdy, kto odważy się przejść pieszo pięćdziesiąt mil w taką zawieję, musi to przypłacić życiem. Nie mogliśmy więc posłać po pomoc, a gdybyśmy nawet mogli, to znikąd nie bylibyśmy jej otrzymali. Pozostawało nam jedynie poddać się losowi i cierpliwie oczekiwać ocalenia lub głodowej śmierci! Myślę, że najbardziej hartowne serce musiało zadrżeć, gdy usłyszeliśmy ten straszliwy wyrok.

Z godzinę jeszcze w rozmaitych punktach wagonu trwały prowadzone stłumionym szeptem rozmowy; zawieja srożyła się wciąż z jednakową siłą; lampy dogasały, nieszczęśni pasażerowie rozeszli się po ciemnych kątach, usiłując, o ile możności, zasnąć i zapomnieć o swym rozpaczliwym położeniu.

Minęły wreszcie męczące godziny owej nocy bez końca — a istotnie taka się nam ona wydała — i mroźna, popielata zorza zaświtała na wschodzie. Gdy się już dobrze rozwidniło, pasażerowie zaczęli się ruszać i dawać oznaki życia; jeden za drugim budzili się, poprawiali pozsuwane na bok czapki, wyprostowywali zastałe członki i spoglądali przez okno na rozścielający się przed nimi posępny widok, od którego rzeczywiście zimno się robiło na duszy. Naokół, jak okiem zasięgnąć, nie widać było śladu ludzkiej stopy i nic oprócz bezkresnej równiny, i tylko olbrzymi śnieżny całun, falujący pod naporem wichru i gęste płaty śniegu zakrywały niebo.

Cały dzień włóczyliśmy się zasępieni z kąta w kąt po wagonach, mało mówiąc, ale wiele rozmyślając. Przyszła druga męcząca noc — a wraz z nią głód.

Następny świt przyniósł znowu dzień milczenia, smutku, dręczącego głodu, beznadziejnego wyczekiwania pomocy, która znikąd przyjść nie mogła. I oto jeszcze jedna noc niespokojnego snu z marzeniami o ucztach — i przebudzenie w straszliwych kurczach głodu.

Przyszedł i minął czwarty dzień — i piąty! W oczach każdego stał wściekły głód, a w spojrzeniu odbijało się jakieś straszliwe postanowienie, przyczajone nieświadomie we wszystkich sercach, a którego wypowiedzieć nie ośmielały się jeszcze ani jedne usta.