Minął i szósty dzień — zaświtał i siódmy nad tą gromadką wymizerowanych, rozbestwionych, zrozpaczonych ludzi, którzy stali w obliczu śmierci. Cierpliwość została wyczerpana — przyszła chwila wypowiedzenia się! To, co od dawna już taiło się w sercu wszystkich, lada sekunda miało zerwać się z ust! Natura ludzka nie miała możności dłużej panować nad sobą i musiała się poddać. Richard H. Gaston z Minnesoty, wysoki, blady, chudy jak szkielet, podniósł się ze swego miejsca. Wszyscy wiedzieli, co ma na myśli. Wszyscy przygotowali się, z nadludzkim wysiłkiem usiłując stłumić w sobie niepokój i wszelki przejaw wzruszenia, zaś w tych do niedawna jeszcze tak dzikich oczach czytało się jedynie pełną godności i skupienia uwagę.
— Panowie! dłużej odkładać niepodobna! Czas ucieka i musimy postanowić, kto z nas ma umrzeć, by nakarmić pozostałych.
Zaraz po nim wstał pan John J. Williams z Illinois i powiedział:
— Panowie, oddaję swój głos na wielebnego Jamesa Sawyera z Tennessee.
Pan William R. Adams z Indiany powiedział:
— Proponuję pana Daniela Slote’a z Nowego Jorku.
Pan Charles J. Langdon: — Ja zaś pana Samuela A. Bowena z St. Louis.
Pan Slote: — Panowie, pragnę ustąpić ten zaszczyt panu Johnowi A. van Nostrandowi-juniorowi z New Jersey.
Pan Gaston: — Jeżeli nikt nic nie ma przeciwko temu, jestem gotów zgodzić się z pańskim zdaniem.
Ponieważ pan van Nostrand był przeciwny, propozycja pana Slote’a została odrzucona. Wnioski panów Sawyera i Bowna zostały odrzucone na tej samej zasadzie.