Nie chcę za dużo mówić o następnym dniu. Krótko tylko powiem, że się obudziłem przed świtem, a chcąc przewrócić się jeszcze na drugi bok, żeby zasnąć trochę, zauważyłem niezwykłą ciszę, jakby w domu nie było żywej duszy. Co się stało? Potem spostrzegłem nieobecność Bucka. Wstałem więc zaciekawiony i schodzę na dół: nigdzie nikogo nie ma! Wychodzę przed dom, to samo! Co to ma znaczyć? Dopiero w głębi podwórza spotykam swego Czarnego, ukrytego za sągami drzew, i pytam:

— Co się tu dzieje?

— To panicz o niczym nie wie?

— Nie, nie wiem o niczym.

— A to, widzi panicz, panienka Zosia wykradła się. Żebym wieczora nie dożył, jeżeli kłamię. Wykradła się w nocy, nikt nie wie, o której godzinie, żeby wziąć ślub z tym młodym Shepherdsonem; tak przynajmniej państwo mówią. Spostrzegli się, że jej nie ma, dopiero teraz, przed półgodziną, a może więcej... No! Nie tracili czasu! W mig pobrali strzelby, wsiedli na koń i nie ma ich! Pani i panienka pojechały zawiadomić całą familię, a stary pan z młodymi panami, wziąwszy broń, udali się nad rzekę czatować na tamtego i zabić go, nim zdąży przepłynąć z panienką na drugi brzeg. No! Ja myślę, że nie ujdzie mu to na sucho, bo ci nie darują swego.

— Buck nie obudził mnie, wyjeżdżając?

— A ma się rozumieć, że nie. Nie chcieli mieszać w tę sprawę obcego. Pan, kiedy strzelbę nabijał, zaklinał się na wszystkie świętości, że nie wróci do domu bez Shepherdsona albo nawet i bez dwóch. A pan słowa dotrzyma i na swoim postawi, ja to wiem.

Po tym opowiadaniu pobiegłem co tchu nad rzekę, tam, gdzie wiodła droga, którą Shepherdson miał przejeżdżać. Już z daleka usłyszałem strzały. Pędzę więc z całych sił, a widząc już szychty191 leżące nad przystanią, włażę na jakieś drzewo, nad samym brzegiem rosnące, i stamtąd przypatruję się wszystkiemu. Tuż obok mojego drzewa leżał wysoki na cztery stopy stos tarcic192, wśród których początkowo chciałem się ukryć; szczęście, że tego nie uczyniłem.

Na niewielkim placyku czterech lub pięciu jeźdźców z głośnym krzykiem i przekleństwami usiłowało schwytać dwóch młodych chłopców, ukrytych za szychtą od strony rzeki. Nie mogli jednak dokazać193 tego. Co się który wysunął nieco nad rzekę, natychmiast strzelano do niego zza szychty, po czym chłopcy kryli się za swój szaniec194, skąd mogli śledzić każde poruszenie przeciwników.