— Po cóż cię miałem sprowadzać, nie wiedząc, co z nami będzie? Ale teraz wszystko już dobrze... Nakupiłem garnków, patelni, wszelakiej strawy i nocami poprzenosiłem to wszystko na tratwę...
— Na jaką tratwę?
— Na naszą, na starą tratwę.
— Jak to? A czy jej nie podruzgotał parowiec?
— Nie. Uszkodził ją porządnie z jednego końca, ale nie zrobił jej wielkiej krzywdy. Potraciliśmy tylko prawie wszystkie rzeczy. Gdybyśmy nie byli musieli dać tak głęboko nurka i płynąć pod wodą, gdyby noc nie była taka czarna, a my głów nie potracili jak zmokłe kury, gdyby...
— Zostawże już te „gdyby”. Cóż by się było stało, gdyby nie gdyby?...
— Bylibyśmy zobaczyli naszą tratwę. Ale dobrze się stało, że jej nie zobaczyliśmy, bo ją teraz wyreparowałem i na miejsce tego, co straciliśmy, mamy teraz wszyściutko nowe.
— Jakimże sposobem odzyskałeś tratwę, Jim? Gdzie ją schwytałeś?
— Jakże mogłem ją schwytać, siedząc tu w lesie? Nie ja ją odzyskałem, lecz Czarni, którzy znaleźli ją wciśniętą między dwie rafy stojące nieopodal od brzegu. Wydobyli ją, ukryli w leśnej zatoczce i tak wiele rozprawiali o tym, do kogo należeć będzie, że usłyszałem, o co chodzi. Podnoszę się więc i powiadam: „Dajcie spokój, nie kłóćcie się o tratwę, bo ona ani wasza, ani niczyja, tylko Hucka i moja. Nie macie przecież zamiaru zagrabić własności białego panicza, bo wiecie, że nie uszłoby to wam na sucho”. Dałem im po dziesięć centów na każdego, uradowali się okropnie, mówiąc, że chcieliby co dzień znajdować taką tratwę. Strasznie poczciwi są dla mnie ci tutejsi Czarni, zawsze zrobią wszystko, o co ich poproszę. Twój Jack to także bardzo dobry i sprytny chłopiec.
— Tak, sprytny. Nie powiedział mi nawet, że tu jesteś, lecz sprowadził mnie tylko dla cyranek.