To był głos Jima, który nigdy jeszcze nie wydał mi się tak miły.

Gdy się wreszcie dostałem na tratwę, Jim wyściskał mnie i wycałował z wielkiej radości, po czym rzekł:

— Bóg z tobą, dziecko! Ja myślałem, że ciebie znów zabili. Jack był tu i mówił, że już chyba nie żyjesz, kiedy nie pokazałeś się w domu przez cały dzień. Przygotowawszy więc tratwę, przysposobiłem195 wszystko do odjazdu i czekałem chwili, gdy Jack powróci z wiadomością, że już naprawdę nie żyjesz. Jaki ja też szczęśliwy jestem, że wróciłeś, złotko ty moje!

— I ja także — powiadam. — Nie znajdą mnie, pomyślą więc, żem zabity i że moje zwłoki popłynęły w dół rzeki. Nawet będą mieli powód tak myśleć... Nie trać więc czasu, Jim, ale odpłyńmy stąd szybko i jak najdalej...

Nie miałem spokoju, dopóki nie zobaczyłem, że tratwa znajduje się na środku rzeki, o dwie mile od tego wybrzeża, skąd widziałem jeszcze rodzinny dom Bucka. Wywiesiwszy latarnię sygnałową, poczuliśmy się znów swobodni i bezpieczni. Od wczoraj nie miałem nic w ustach, więc Jim wydobył żytnie placki, maślankę, wieprzowinę z kapustą i różne inne przysmaki, które ochoczo zajadałem, gawędząc z Jimem. Doszliśmy zaraz do przekonania, że wszędzie dobrze, ale na tratwie najlepiej. U ludzi jakoś ciasno i duszno, a na tratwie przestronnie i swobodnie.

Rozdział XIX

Dniówki. — Teoria astronomiczna. — Ucieczka przed pościgiem. — Festiwal wstrzemięźliwości. — Książę Bridgewateru. — Troski majestatu.

Przeszło kilka dni i kilka nocy, mógłbym śmiało powiedzieć: upłynęło, tak niepostrzeżenie i przyjemnie zeszły. Rzeka była w tym miejscu niesłychanie szeroka, przynajmniej na półtorej mili, i gładka jak zwierciadło. Płynęliśmy nocami, a dnie spędzaliśmy w ukryciu.

Nigdzie najmniejszego szmeru, zupełna cisza, zdawałoby się, że na całym świecie wszystko spoczywa we śnie, tylko kiedy niekiedy zarechocze gdzieś żaba. Patrząc w dal na wodę, widzisz naprzód coś na kształt niewyraźnej, majaczącej linii. To las rosnący na przeciwległym brzegu. Dopiero potem zjawia się na niebie blada palma, nieduża, a z nią razem blednieje coraz bardziej i czarność, która dotąd pokrywała rzekę. Woda staje się szara, potem perłowa, znów powstają na niej ruchome plamy, małe i większe: małe — to łodzie targowe przewożące żywność, większe — to tratwy do naszej podobne, z różnym towarem. Tak cicho i głos tak płynie po wodzie, że nawet ze znacznej odległości dolatuje plusk wioseł, skrzyp lin i warczenie żagli wzdymanych wiatrem. Jakiś przedmiot nieruchomo sterczy nad wodą: to skała, o którą rozbija się fala i opryskuje ją deszczem drobnych kropelek.

Nieco dalej widzisz, jak zwija się i kłębi mgła, tu i ówdzie zaścielająca rzekę. Na wschodzie niebo rumieni się szkarłatną łuną, którą odbija woda, pozwalając rozróżniać przedmioty. Ot tam, na drugim brzegu widzisz na skraju lasu chatę zbudowaną z nieciosanych pni, zapewne mieszkanie tracza196, bo zaraz obok wznoszą się całe sterty tarcic układanych w sześcioramienny krzyż dla przewiewu.