Od wody pociąga chłodnawy, rzeźwiący wiatr, niesie ze sobą woń drzew i kwiatów, pozbieraną w borach i na polankach, a czasem też i wyziewy porzuconych na wybrzeżu nieżywych ryb. Wreszcie już dnieje naprawdę, wszystko się w słońcu uśmiecha, a ptaszki aż się zanoszą od śpiewu!

Niewielkiego dymu nikt nie zauważy o tej porze, więc zdjąwszy z haczyków złowione ryby, ugotowaliśmy sobie śniadanie, po którym przyjemnie było spoglądać na ogromną pustynię wodną, dopóki sen nie zmorzy. Zasypialiśmy więc obaj na długo, budzeni zwykle przez parostatek, którego gwizd lub sapanie dochodziło do nas z oddali. Gdy znikał z oczu, znów całymi godzinami rzeka wyglądała jak pustynia, ożywiana chyba jakąś drzewem naładowaną tratwą i pracą drwali zajętych rąbaniem. Ostrza wysoko wznoszonych siekier błyskały w słońcu co chwila, a zaraz potem dochodził, stłumiony nieco oddaleniem, głuchy trzask rąbanej kłody, zmieszany z mimowolnym stęknięciem drwala.

Raz, pamiętam, zaległa rzekę mgła tak gęsta, że na przepływających tratwach i łodziach bito w żelazne blachy, aby hałasem dać znać o sobie parostatkom. Jakaś tratwa otarła się o nas; słyszeliśmy rozmowy i śmiechy na niej, ale nikogo zgoła197 nie widzieliśmy, jak gdyby jakieś duchy niosły się powietrzem i urągały stamtąd ludziom. Jim utrzymywał nawet, że to duchy, ja jednak zaprzeczyłem temu, pewien, że duchy nie mówią. Bodaj to licho wzięło tę przeklętą mgłę!

O zmierzchu, puszczając się w drogę, pozwalaliśmy tratwie płynąć, gdzie zechce, a raczej, gdzie ją prąd poniesie. Zapaliwszy fajki, spuszczaliśmy nogi do wody, rozmawiając o różnych rzeczach. O ile na to komary pozwalały, byliśmy zupełnie nadzy, dniem i nocą. Nowe ubranie, które mi sprawiono w rodzinie Bucka, zanadto było porządne, żeby mnie nie krępowało, a przy tym nigdy nie lubiłem elegancji.

Zdarzało się, że przez całą noc nie spotkaliśmy żywej duszy. Gdzieś daleko, na jednym lub na drugim brzegu błysnął ogień w jakimś nadbrzeżnym domku, nad głowami świeciły nam gwiazdy i dobrze było, ach, jak dobrze, leżąc na wznak, spierać się o to, czy gwiazdy są czyimś dziełem, czy też po prostu same z siebie powstały. Jim utrzymywał, że ktoś je musiał zrobić, ja zaś przeciwnie twierdziłem, bo komu by się tam chciało taką mnogość gwiazd fabrykować. Jim przypuszczał, że może zostały zniesione przez księżyc. To mi się wydawało na tyle prawdopodobne, że nie przeczyłem, wiedząc, jak mnóstwo jaj znosi żaba. Gdy zaś spostrzegliśmy gwiazdę, która spadając, znaczyła za sobą szlak po niebie, Jim przypuszczał, że wyrzucono ją z gniazda jako zepsutą.

Parę razy w ciągu nocy widywaliśmy przesuwający się wśród ciemności parowiec, który od czasu do czasu wyrzucał z kominów całe snopy czerwonych iskier, spadających w rzekę ognistym deszczem. Po chwili parowiec znikał i znów było pusto na rzece, tylko fale wzruszone przez parowiec rozbijały się teraz o tratwę i kołysały nią z lekka.

Po północy mieszkańcy nadbrzeżnych domów kładli się zapewne spać, bo wszystkie światełka gasły i na kilka godzin stawało się zupełnie ciemno. Gdy zaś błysnęło pierwsze światełko, przeczuwaliśmy, że ktoś już śpieszy do pracy, że ranek nadchodzi, i szukaliśmy miejsca, żeby w nim spokojnie spędzić dzień, z daleka od ludzkich oczu.

Pewnego dnia, przed świtem, pojmałem czółno bez wioślarza i wsiadłszy w nie, zmierzałem w stronę brzegu w nadziei, że w iglastym lesie znajdę jagody. Mijałem właśnie miejsce, gdzie wychodziła do rzeki wydeptana przez bydło ścieżyna, gdy widzę, że krętą i nierówną ścieżką pędzi galopem dwóch ludzi. Zląkłem się jakoś w pierwszej chwili, bo ile razy ktoś kogoś ścigał, zawsze myślałem, że mnie lub Jima. Już więc podniosłem wiosło, aby się odbić od brzegu, gdy nieznajomi, oddaleni ode mnie zaledwie o kilkanaście kroków, krzycząc rozpaczliwie, błagają o ocalenie im życia.

— Nic złego nie uczyniliśmy, a ścigają nas...

To mówiąc, chcieli skoczyć do łodzi.